Kilka zdań o pożądaniu

Trochę się obawiam jej wymagań, bo widząc na pornograficznych filmach osiągi długodystansowców, jako kochanek nie mam o sobie zbyt dobrego zdania, często dochodzę zbyt szybko, ratując się później językiem lub palcem. Podobnie było za pierwszym razem z Katarzyną; gdy się w nią wpychałem, wszystko w niej spało lub nadal oglądało telewizję, a ja się śpieszyłem w obawie, że może mi uciec i pozostawi jak psa przy pustej misce. To działo się zbyt pospiesznie, zupełnie jakby mój pociąg płciowy też był pospieszny, a może nawet jakby był ekspresem z jedną stacją docelową. Widziałem, że była nieco zdziwiona, ale na szczęście również rozbawiona moim zniecierpliwieniem widocznym pod spodniami.

Tym razem chciałbym, żeby było inaczej, niech jęczy i krzyczy i drapie mi plecy, niech wygnie ciało w pałąk, niech złapie mnie za nadgarstki i wpije w nie paznokcie, a potem niech rozrzuci ramiona, zagryzie wargi, a spod mocno zaciśniętych powiek niech jej spłyną łzy, a ja dopiero wtedy oderwę od niej usta, rozepnę pasek i zwiążę nim jej dłonie nad głową, tak jak widziała to na oglądanych przez siebie filmach i przełykała wtedy ślinę pęczniejącą w ustach. Pochylę się nad nią, a ona będzie patrzeć, wciąż oddychając szybko i ocierając udo o udo, jakby chciała przyśpieszyć to, co i tak się stanie, ale jeszcze nie teraz, nie teraz, i nie za pięć minut, lecz później, dopiero wtedy, gdy najpierw będzie wołać moje imię, a potem zacznie je zdrabniać i zdrobni je po raz kolejny, ale już cicho, ze zmęczeniem, cichuteńko, dopiero wtedy, dopiero wtedy oboje poczujemy wielką radość, spełnienie, ale i ulgę, jakby wylały się z nas wezbrane wodospady, a wtedy nastanie cisza dla naszych uspokajających się pocałunków, dwóch poddańczych hołdów z pieczęciami spierzchniętych ust, a ja będę leżeć bez ruchu, będę na niej leżeć jak ścięte drzewo, jak pół lasu bez korzeni, bo przeszedł po nas halny i zostaliśmy na zawsze wyrwani z ziemi.

Tylko niech w końcu przyjdzie, niech już nie patrzę w pustą ścieżkę za oknem, niech co kilka minut nie sprawdzam, czy nie ma jej na schodach, niech to szaleństwo zejdzie ze mnie i wróci do siebie drogą, którą nieproszone nadeszło i niech nikomu spotkanemu nie mówi, że to już może miłość, niech pozostanie na razie pożądaniem, które tak łatwo zamienić w jednorazową ucztę, w przeciwieństwie do miłości.



yours 2010-02-08 11:52:46
skomentuj (11)
Po co facet zakłada prezerwatywy na uszy. (Update)

Od kilku tygodni dokuczliwie swędzi mnie skóra, a zwłaszcza uszy, zastanawiam się nawet, czy nie złapałem czegoś na basenie, a może zaraziłem się czymś od tej dziewczyny z ASP, w końcu każdy z nas jest nowym lądem dla wirusów i bakterii, a może nawet ziemią obiecaną. Zajrzałem sobie lusterkiem do jednego ucha i zobaczyłem, że jest zaczerwienione. Drugie jeszcze bardziej. Fatalnie. Bez zdrowych uszu można iść na koncert i słuchać muzyki, ale nie można uprawiać seksu. Ciało człowieka jest jak płaskowyż, nie licząc lichych wypiętrzeń, i ma tak mało zakamarków, w których można radośnie gmerać językiem, że choroba ucha wydaje się stratą trudną do powetowania.

Wprawdzie na razie strata jest czysto teoretyczna i potencjalna, bo dziewczyna znowu nie ma dla mnie czasu, ale nigdy nic nie wiadomo, żadne święto nie zdarza się tylko raz, a na przykład niedziela jest nawet co tydzień. Ucho powinno nadsłuchiwać nadejścia Katarzyny i być w pogotowiu, podobnie jak inne organy.

Zdecydowałem, że pójdę do lekarza. Zadzwoniłem do przychodni. Pani o miłym głosie pyta, do jakiego lekarza ma mnie zarejestrować. Mówię, nieco zawstydzony, że mam problemy skórne. Aha, to pójdzie pan do dermatologa, powiada miła pani. Ale to chyba związane jest z pożyciem intymnym, wyjaśniam zawstydzony jeszcze bardziej. O, to w takim razie od razu zarejestruję pana do wenerologa, proponuje miła pani głosem nieco surowszym. Dobrze, przy czym to dotyczy ucha, dodaję na wszelki wypadek. Miła pani przez chwilę milczy. To może jednak zapiszę pana do lekarza pierwszego kontaktu, mówi, jakby wiedziała, że ucho mnie swędzi z powodu pierwszego kontaktu Katarzyną.

Lekarz pierwszego kontaktu okazał się rzeczywiście bardzo bezpośredni. Kazał zdjąć koszulę i wymacał mnie pod pachami mówiąc, że nie czuje powiększonych węzłów chłonnych. Zajrzał do gardła, nosa i ucha, po czym orzekł, że nic mi nie dolega, jedynie skórę mam nieco przesuszoną z powodu nadmiernego używania wody. Swoją drogą, to pozornie nielogiczne, że nadmiar wody przesusza, zauważył, ale byłoby gorzej gdyby w zgodzie z logiką pan pleśniał.

Wieczorem, pamiętając o radach doktora, próbuję przed wejściem pod prysznic uchronić uszy. Wata nie zdaje się na nic, bo od razu nasiąka, pływackie korki zasłaniają za mało. Najlepsze by były dwa miniaturowe czepki na głowę, myślę. I wtedy przychodzi mi do głowy coś z pozoru absurdalnego, ale jednocześnie niezwykle praktycznego. Prezerwatywy. Wodoodporne, mocne, o idealnej wprost średnicy. W szafce przy łóżku znajduję dwie czerwone. Nakładają się bez trudu, grubsza, zrolowana końcówka ściśle przylega do skroni. Pewnie wyglądam jak królik z obwisłymi uszami. Ale przynajmniej woda nie ma szans. Spoglądam w lustro. I za plecami widzę Katarzynę, która otwiera usta ze zdumienia.

Przed jej przyjściem przygotowałem sobie obcisłe bokserki z bawełny, ściśle przylegające do ciała i wypychające genitalia do przodu, stałem i patrzyłem w lustro, sam jeszcze nie rozumiejąc, skąd ta zmiana i o co mi w niej chodzi, ale dopiero wtedy, gdy dotknąłem swojego krocza, gdy poczułem je w dłoni, zrozumiałem, że z jakiegoś nabrzmiałego powodu chcę, żeby zamiary były widoczne od razu po zdjęciu spodni.

Ale teraz te bokserki leżą na podłodze w sypialni, niezaładowana broń myśliwska na grubego zwierza, a tropiona przeze mnie tygrysica stoi w odległości skoku i z politowaniem patrzy na przebierańca - bezbronnego królika o lateksowych uszach.

- Piotrusiu, dlaczego założyłeś prezerwatywy na uszy? – w głosie Katarzyny słychać ciekawość, ale i niepokój.

Są pytania, na które nie ma dobrej odpowiedzi. Ale próbować warto.

- Widzisz, mam już na ciebie taką ochotę, że...

- Lepiej nie kończ. Świnia. Męska, świńska świnia – słusznie się dąsa Katarzyna, ale widzę, że jednak zdałem. Jest zadowolona. Uśmiecha się i patrzy na mnie z aprobatą, chociaż w tym zamieszaniu zapomniałem o wciągnięciu brzucha. To zdumiewające, że z każdej, nawet najgłupszej, najbardziej beznadziejnej sytuacji można wybrnąć, o ile swoją głupotę usprawiedliwi się urokiem, który rzuciła kobieta. Paradoks wiedźmy: czarownica rzuca urok, który od ofiary odbija się rykoszetem i jędza sama weń wpada.

Jaka tam jędza? Przecież to miała być moja dobra wróżka. Może nawet mój Dzwoneczek, przy którym będę Piotrusiem Panem. Dzyń, dzyń.

 


yours 2010-02-01 12:08:14
skomentuj (13)
Dyrygent książek

Robiłem dziś wiosenne porządki, bo pomyślałem, że jak zawczasu posprzątam, to wiosna przyjdzie szybciej. Albo przynajmniej zima przestanie udawać wieczną zmarzlinę i pójdzie na jakiś kompromis, przynajmniej taki, żebym znów mógł chodzić bez czapki, a Karolina bez majtek. Strasznie mnie to kręci – świadomość, że specjalnie ich nie założyła, to taka gra znaczonymi kartami, brak majtek to As kierowy, kiedy ląduje między nami, to wiem, że pula jest wysoka i gramy o prawdziwe stawki, mogę zgarnąć wszystko, o ile nie zdradzę swych zamiarów przed czasem i nie za wcześnie wyciągnę jokera.

Wyrzuciłem wszystkie zakurzone szpargały ze starej szafki dziadka, gazety sprzed wielu lat i jego ostatnie podania, które kierował do wszystkich urzędów państwowej administracji, jak zwykle w sprawie nie cierpiącej zwłoki; natychmiastowej naprawy Rzeczpospolitej. Przez siedem ostatnich lat swojego życia jego wszystkie dni wyglądały tak samo. Po śniadaniu szedł na długi spacer, potem zamykał się w gabinecie i pracował do wieczora, z krótką przerwą na obiad. Analizował wszystkie dostępne dane gospodarcze, wyciągał wnioski, obliczał, sprawdzał, po czym przepisywał na czysto i wysyłał – te najważniejsze do prezydentów i premierów, te nieco mniej ważne do ministrów. Zazwyczaj mu nie odpowiadali. Czasami, rozeźlony tym milczeniem, szedł do liderów opozycji. Przyjmowali go w swoich biurach poselskich, częstowali kawą, ciastkami z marketu i złudzeniami. Tak, zajmiemy się tym, co pan sugeruje, niech no tylko dojdziemy do władzy. Po czym dochodzili, dziadek do nich pisał, a oni zazwyczaj mu nie odpowiadali. No i tak to trwało, aż pewnego dnia dziadek przetłumaczył wszystko na język angielski i wysłał do ambasadora Stanów Zjednoczonych. Odpisali mu, że dziękują bardzo za postawę i za zaangażowanie, ale jego prognozy są błędne – żadnego kryzysu gospodarczego nie będzie, a po 2005 roku to wręcz niemożliwe, wystarczy zobaczyć, z jaką ochotą banki udzielają prywatnych kredytów.

Zirytowany dał swoje wnioski do przetłumaczenia na język chiński i wysłał je do premiera Li Penga. Pół roku później otrzymał z Chin przesyłkę. W środku była pałeczka dyrygenta oraz podpisany przez Li Penga list tej treści: „Drogi Przyjacielu Ludu Chińskiego. Z głęboką wdzięcznością dziękuję za Pana dogłębne analizy. Pozwoliłem sobie przekazać je naszym naukowcom, którzy zapewnili mnie o wielkiej mądrości zawartych w nich przewidywań. Pozwoli to nam, narodowi Chińskiej Republiki Ludowej, przygotować się i ustrzec przed światowym kryzysem, które tak celnie już dziś Pan prognozuje. Wiedząc, że nie klejnoty i nie kosztowne dobra materialne są świadectwem prawdziwej przyjaźni, przesyłam Panu oto rzecz z moich prywatnych zbiorów – ulubioną pałeczkę dyrygencką Herberta von Karajana, niech w Pana dłoniach będzie wskazówką najlepszej drogi. Z wyrazami szacunku: Li Peng, premier.”

Balsowa pałeczka von Karajana zawsze leżała na biurku dziadka. Najpierw używał jej jako zakładki do książek. Po pewnym czasie zaczął nią dyrygować. Czytał i machał dyrygencką pałeczką. Zdanie po zdaniu, akapit po akapicie, strona po stronie dyrygował książką. Z początku matka spoglądała na to z niepokojem, ojciec ze zdziwieniem, ale wówczas dziadek czytał na głos, intonując melodię zdań tak, że wszyscy widzieli, jak jest posłuszna wskazówkom pałeczki, jak trafnie rytm słów uzupełniany jest rytmem jego dłoni, zupełnie jakby rzeczywiście to on nadawał książce ton, wskazywał brzmienie, dyktował metrum. Z czasem zaczął dzielić książki na te, którymi można dyrygować i na te, których zdania pozbawione są melodyki. Wystarczyło, że otworzył pierwszą stronę i podniósł batutę do góry. Nie, w tej powieści nie ma przecież muzyki, stwierdzał, gdy zdania mu nie brzmiały, po czym odkładał taką głuchą książkę i nigdy jej nie czytał. Do niektórych wracał kilkakrotnie. Jego ulubionym utworem muzycznym były „Sklepy cynamonowe” Brunona Szulca. Pamiętam, jak siedział w swoim fotelu, książkę trzymał w dłoni wyciągniętej i patrząc niczym w partyturę, płynnie wodził balsową pałeczką i czytał mocnym głosem: „Na tych barach ogrodu niechlujna, babska bujność sierpnia wyolbrzymiała w głuche zapadliska ogromnych łopuchów, rozpanoszyła się płatami włochatych blach listnych, wybujałymi ozorami mięsistej zieleni. Tam te wyłupiaste pałuby łopuchów wybałuszyły się jak babska szeroko rozsiadłe, na wpół przeżarte przez własne oszalałe spódnice”. Co za muzyka, dziadek mlaskał z zachwytem, co za muzyka!

Balsową pałeczkę von Karajana znalazłem na dnie szafy. Pomyślałem, że skoro dziadek dzięki niej czytał, to może mi uda się coś napisać.


yours 2010-01-17 17:27:31
skomentuj (23)
Jak na skutek nierozważnego czynu o podłożu nieco erotycznym zostałem wzięty za domokrążcę

Słyszała dużo o Houellebecqu, że taki odważny i erotyczny, a ja akurat miałem w koszyku „Cząstki elementarne” na kasecie dvd, zapytała, czy to ciekawy film i po kilku minutach rozmowy umówiliśmy się na wspólne oglądanie.

Karolina mieszka na Osiedlu Kosmonautów, nie wiem, skąd taka nazwa, może budowano je perspektywicznie, bo na razie żaden kosmonauta tutaj nie mieszka. Wielkie blokowisko, łatwo się zgubić, mgławica, a klatki schodowe jak czarne dziury. Ciemno, głucho, nie wiadomo, czy jak człowiek wejdzie, to coś go na zawsze nie pochłonie, może siła astrofizyczna, a może po prostu zwykły menel da w mordę. Mleczna droga z parteru na piętro, komuś mleko z zakupów kapało. Gwiazda polarna na suficie świeci, przebija zza obtłuczonego klosza. Fetor śmieci kosmicznych zmieszany z resztkami po obiedzie. Administracja lewituje, widać, że dawno nikt tutaj na ziemię nie zszedł. Jadę windą do nieba, wśród mocnych turbulencji. Wychodzę na dziesiątym piętrze, wita mnie olbrzymi napis WKS PANNY. Zazwyczaj jest PANY, a tu inaczej. Albo zbyt ozdobnie litery były pisane i N podwójne wyszło, albo to feministki.

Otwiera drzwi i widzę, ze jest ruda, chociaż w sklepie była jeszcze blondynką. Ale się domyślam, że to o magię czerwonego chodzi, zwłaszcza, że bluzeczka też jest czerwona, ładnie od jasnobłękitnych dżinsów się odcina. Rozglądam się po mieszkaniu - czyste, pachnące, pełne kwiatów, wazoników, książek, potem uważnie rozglądam się po Karolinie i też jestem z tych pobieżnych oględzin zadowolony. Zadbana i bardzo apetyczna, dostatkiem ciała smakowitym, jędrnym i przytulnym.

Przyglądam się jej, jaka jest podekscytowana, jak rękami macha, zupełnie jakby mi już ten film opowiadała, który zaraz ze mną zobaczy. A wtedy nie ma siły, z pewnością najpierw pozwoli mi poczuć dotyk swoich drgających emocjami piersi, a potem… Potem to ja zdejmę z niej bluzeczkę czerwoną, a ona włoży mi ręce pod koszulę. Przytulę się nieco mocniej, żeby dziewczynę położyć na sofie, i wtedy wsunę dłonie za pasek jej spodni, żeby dotknąć brzegu majteczek. To bardzo ekscytujący moment, coś jak pierwszy brzeg w czasie takiej podróży, brzeg majteczek, nowy ląd, który za chwilę będzie można zdobywać. Oto ja, Krzysztof Kolumb odkrywca nowego świata, nadpływam swoim flagowym okrętem, oto moja Santa Maria z podniesioną rufą, dumny żaglowiec, który w zatokę jej ud zawita. Albo może raczej lepiej będzie, jak ją mocno przytulę i wstanę nadal z rękami pod jej bluzka, wtedy ona będzie musiała wstać ze mną, ale ja wtedy nie pójdę z rękami do dołu, tylko odwrotnie – nieoczekiwanie ku górze, będę głaskał jej plecy, ramiona i obojczyki, i całował ją w ucho, a potem zanurzę palce we włosy, tuż nad jej końskim ogonem, a ona to doskonale zrozumie, tę gorącą mowę dłoni i intonację oddechu, więc zacznie sunąć dłońmi po moim ciele niżej, aż to ona poczuje dotyk brzegu bokserek, pierwszy brzeg w czasie jej podróży, a za nim nowy ląd, za chwilę przez nią odkryty.

Wiem już, że lubi odpowiedni nastrój, więc podchodzę do sprzętu dvd, wszystko ustawiam, ale ręce już mi się trzęsą, pilot wypada na podłogę, a niego dwie baterie i turlają się pod łóżko. Karolina schyla się po nie i wtedy widzę, że jest bez majtek, bo pod ściśle przylegającymi spodniami nic się nie odciska z wyjątkiem wąskiej zatoki. Chwilowo oddaję więc inicjatywę, Karolina sprawnie wszystko ustawia, i film się już zaczyna, a my siadamy obok siebie, zupełnie jak w kinie.

- O, Franka Potente, nie wiedziałam, że gra w erotykach – dziwi się Karolina. Patrz, ja się zestarzała, a miesiąc temu oglądałam ją w „Biegnij Lola, biegnij”, taka tak młoda była.

Oglądamy film, mija pięć minut, dziesięć, godzina, główny bohater onanizuje się nad wypracowaniem swojej uczennicy, ale szczegółów przy tym nie widać. Karolina wyraźnie znudzona, ziewa.

- Ale ten film w ogóle nie erotyczny – zauważa w końcu. W dodatku niemiecki albo austriacki. Raz tylko kupiłam niemieckojęzycznego pornosa, ale jak taka rozłożona pani w erotycznej scenie poganiała swojego ogiera: „schnella Hans, schnella!”, to poczułam się jakbym film o drugiej wojnie oglądała. Nie, nie, wydaje mi się, że język niemiecki nadaje się tylko do opowiadań o nieszczęśliwej miłości.

- Pamiętasz „Cierpienia młodego Wertera?” – próbuję jakoś się dopasować do jej wizji.

- Nie, ale takiego studenta z Niemiec, który na drugim roku strasznie się we mnie zakochał.

- Niemiec studiował polonistykę?

- Taki trochę był dziwny. Ale z tym filmem to kiepsko jakoś trafiłeś.

- Myślałem, że ci się spodoba, dostał w Berlinie Srebrnego Niedźwiedzia.

- Należało mu się. Rzeczywiście przysadzisty, ciężkawy.

- No i nawet na okładce napisali, że skandalizujący.

- Wiesz, jak u nas w markecie chleb wieczorem czerstwieje, to przybiega szef marketingu i mówi, żeby też napisać: skandalizująco niska cena.

Rozmawiamy o czerstwym chlebie i tym podobnych kwestiach nieromantycznych. Nie ma nastroju nawet na przyciemnienie światła, a co dopiero mówić o wkładaniu rąk pod bluzkę. Widzę, że Karolina rzeczywiście jakichś mocniejszych bodźców potrzebuje, bo co się trochę przysunę na sofie, to ona się trochę odsuwa. Ale gdy w końcu mam już ją pod ścianą i myślę, że zapędzona jest w kozi róg, to ona wstaje i siada z drugiej strony, a ja w kozim rogu zostaję jak baran.

Opowiada o swoim poprzednim mężczyźnie i o tym, jak lubiła uprawiać z nim seks, a ja już nie potrafię się skupić, rozprasza mnie pożądanie, jestem ofiarą diaspory, a moje myśli wędrują grzesznie we wszystkich niemożliwych kierunkach.

- Przepraszam, to bardzo ciekawe, ale muszę na chwilę do toalety – przerywam jej w pół zdania i idę krokiem nienaturalnym, sztywnym jak pal Azji, który mi zaraz majtki przebije. Co za dziewczyna, myślę w łazience, opuszczając spodnie. Zbliżyć się do siebie nie pozwoliła, a teraz takie historie opowiada, że z podniecenia wytrzymać nie mogę. Stoję, spodnie opuszczone, wytrysk mam niby kontrolowany, ale nie do końca, trochę za muszlę leci, na ścianę, więc biorę papier toaletowy i wycieram. Ale jeszcze większe smugi zostają, ściana jest porowata, z czarnych płytek, drobiny papieru na biało mój występek znaczą, widać od razu, że coś tu zostało nabrojone. Biorę gąbkę i wycieram, ale wygląda to jeszcze gorzej, jakbym na ścianę nasikał. Fatalnie.

Wracam do pokoju, siadam koło dziewczyny, a o tej ścianie myślę.

- Karolina, a czym ty czyścisz te płytki w łazience? – boję się, że wejdzie tam zaraz i zobaczy, że na ścianę nasikałem, i to przy pierwszej wizycie.

Jest zdumiona. Aż ją zatkało. Usta otworzyła szeroko i się patrzy na mnie. I oczy też ma szersze od tego zdumienia.

- Co? O co ty pytasz? – nie może uwierzyć.

- Te płytki. Czym czyścisz te płytki w łazience?

- To taki kamień, naturalny. Preparat jest do tego nabłyszczający, z olejem, w kuchni koło zlewozmywaka stoi. Dlaczego pytasz?

- A tak z ciekawości.

Wyciągam spod zlewozmywaka preparat, biorę leżącą obok szmatkę, wracam do łazienki i ponownie usunąć ślad występku próbuję. Tym razem idzie świetnie, idealnie wręcz, wszystkie kafelki do wysokości sedesu już wyczyściłem, gdy nagle w drzwiach staje Karolina.

- Czy cię popierdoliło, chłopie? Przychodzisz do dziewczyny, a gdy ona próbuje zrobić jakąś sprzyjającą do seksu atmosferę i opowiada ci pikantne kawałki ze swojego życiorysu, to ty się zamykasz w łazience i myjesz klop dookoła?

Klęczę złapany na gorącym uczynku, w jednej dłoni preparat, w drugiej szmata. A miało przecież być tak miło. Miały być piersi w tych dłoniach, a nie środki czystości.

- Bo próbowałem samą gąbką, ale się nie dało… Za to ten proszek jest skuteczny. Dobra firma.

– Kurwa, Sanepid się znalazł! – ryczy Karolina. – Ja tu się na randkę szykowałam, a ty mi tu tyle czasu zajmujesz, żeby jakiś proszek do mycia toalet sprzedać? Co za oszust! Akwizytor! Wynocha z mojego domu!

 

 


yours 2009-12-16 20:01:29
skomentuj (43)
Pani prezes i majtki z dzieciństwa

Sekretariat pani prezes jest wielkości boiska do piłki nożnej, ale nie ma bramek, tylko dwie przeszklone ściany po obu stronach. Na wprost dwie sekretarki za biurkiem długim jak drabina na piętro. Pani prezes zaszła wyżej, siedziba jej biura jest na czternastym piętrze, z okien widać panoramę Warszawy, którą mi teraz pokazuje - o, zobacz, tam mieszkam, widzisz ten apartamentowiec? Dziwnie akcentuje ostatni wyraz, długo była za granicą, słyszę wyraźnie: apartament owiec.

Potem opowiada o firmie, siedzimy w miękkich fotelach z włoskiej skóry, sączymy dwudziestoletnią whisky z kryształowych szklanek, a ja nie mogę się skupić, wciąż mi nie pasuje dzisiejszy obraz bardzo ważnej pani prezes do obrazka, który coraz wyraźniej rysuje mi się w pamięci.

Małe miasteczko, dom mojej babci. W sypialni, nad łóżkami, wisiały dwa duże obrazy religijne: Matki Boskiej Bolejącej i Jezusa Chrystusa, który w jednym ręku trzyma swoje krwawiące serce, a drugą błogosławi. Miałem dwanaście lat, gdy po raz pierwszy rozbierałem dziewczynę. Właśnie pod takimi obrazami. Pani prezes, czyli Karolina, córka sąsiadów, chuda blondyneczka z parą sterczących warkoczyków, często przychodziła do moich dziadków, pomagała babce w prowadzeniu gospodarstwa. Zjadała obiad i czekała, aż jej rodzice wrócą z pracy w pobliskim mieście. Znaliśmy się od dziecka, ja imponowałem jej tym, że jestem z dużego miasta, a moi rodzice mają samochód. Ona zaś była dziewczyną, w której nie trudno było się zakochać – znała każdy wir w rzece, wchodziła na najwyższe drzewa i potrafiła zrobić procę. W końcu przyszedł taki dzień, w którym założyła biustonosz. Dopóki go nie było, żadne niepotrzebne myśli mi nie chodziły po głowie. Ale jak tylko zobaczyłem, że jest, to tak zapragnąłem go zdjąć, że aż mnie ściskało w dołku. Czułem fizyczny ból i głębokie cierpienie niespełnienia, skoro ona coś przede mną zakrywa, to przecież muszę to zobaczyć.

Umówiliśmy się w niedzielę po mszy. Nasza, dla dzieci i młodzieży, kończyła się o dziesiątej i wtedy do kościoła szedł dziadek z babcią, zostawiając mi dom pod opieką. Było upalne lato, na południowej ścianie domu dojrzewały słodkie winogrona, zrywaliśmy je najpierw wychyleni przez okno w kuchni, a potem poszliśmy zrywać je znad okna w sypialni, ale gdy tylko weszliśmy do środka, od razu przewróciłem Karolinę na łóżko. Mocowaliśmy się na ręce, była silniejsza, więc usiadła na mnie okrakiem i cienką strużką śliny starała się trafić mnie w usta. Rzucałem się na łóżku, wierzgałem i wykręcałem głowę, ale bezskutecznie – Karolina była bezwzględną dominą.

Pamiętam tę chwilę, gdy z głową unieruchomioną między jej udami zastygłem na widok podwiniętej sukienki i białych majteczek, przez które wyraźnie rysował się tajemniczy rowek. Przygwoździła mnie małym rowkiem skuteczniej niż kościstymi rękami, nie mogłem oderwać wzroku, znieruchomiały chciałem, żeby to trwało jak najdłużej. I wtedy poczułem kroplę na ustach, podniosłem wzrok i zobaczyłem łączącą nas nitkę śliny, a po sekundzie miałem na sobie jej usta, tak jakby kropla była tylko zwiadowcą, który miał rozpoznać teren, a teraz ruszyli za nim pozostali. Całowała mnie, naprawdę mnie całowała! Rozchyliła usta i obejmowała nimi moje wargi, poruszyłem nimi od razu, ochoczo, żeby widziała, że mi się to podoba, robiłem wewnątrz jej ust głośne cmoki, zupełnie jakbym całował babcię w rękę, po chwili zorientowałem się inteligentnie, że to chyba robi się jednak inaczej, i skoro ona obejmuje swoimi wargami moje, to ja chyba powinienem zrobić to samo, i tak przez czas jakiś oboje próbowaliśmy się połknąć, jedno starało się otworzyć usta szerzej niż drugie, co zapewne przypominało dwie walczące o życie ryby. Nagle poczułem wewnątrz swoich ust koniuszek jej języka i wtedy zrozumiałem, że znalazłem się w łóżku z doświadczoną kochanką. To znaczy z taką, która już wcześniej z kimś się całowała. Postanowiłem przejść do ofensywy, żeby nie pomyślała, że jestem niedoświadczony. Przewróciłem ją na plecy, położyłem się na niej i zacząłem instynktownie ocierać się o nią, kroczem o krocze, przez jej sukienkę i moje do kościoła spodnie. Jednocześnie rękę wsuwałem pod biustonosz, od którego to wszystko się przecież zaczęło tamtego lata. W ogóle nie protestowała, nawet wówczas, gdy już ją miałem, koniuszkami palców dotykając płaskiego sutka. W wyniku pocierania zdarzyła się rzecz niespodziewana, bo oto poczułem, że coś dziwnego się ze mną dzieje, tak jakby moje ciało zachciało tańczyć, a usta śpiewać, zaczęła ogarnęła mnie niezrozumiała błogość i już myślałem, że jestem w raju, było mi tak dobrze jak nigdy dotąd, nie dałoby się tego porównać nawet z zasypianiem przed telewizorem, gdy nagle coś mną wstrząsnęło, zupełnie jakby mnie lekki prąd kopnął, ale przyjemny, coś we mnie cicho krzyknęło i wszystko odpłynęło z falą, którą natychmiast poczułem w wyjściowych spodniach.

Karolina odsunęła mnie z przerażeniem, dotknęła moich spodni i od razu wiedziała, co się stało, wszak była doświadczoną kochanką.

- O Jezusie przenajświętszy! – załkała. – Coś ty zrobił, idioto? Mogę mieć przez ciebie dziecko!

Poprawiła włosy i sukienkę, uklęknęła na łóżku i z twarzą zwróconą ku świętym obrazom zaczęła się modlić.

- Proszę cię, Boże, niech nie zajdę teraz w ciążę, bo ojciec mnie przecież zabije.

Uklęknąłem przy niej oniemiały ze strachu i błagalnie patrzyłem na obraz Chrystusa, który wyciągał do nas swe krwawiące serce.

Niebiosa nas wysłuchały. Po kilku dniach spotkałem Karolinę w piekarni. Była uśmiechnięta, podeszła do mnie bardzo blisko i z miną właściwą sekretnej kochance wyszeptała mi na ucho, że właśnie ma okres, więc na pewno nie jest w ciąży. Nie bardzo wiedziałem, jaki związek ma jedno z drugim, ale się ucieszyłem, bo zrozumiałem, że znów będziemy mogli razem chodzić nad rzekę. Uwierzyłem też wtedy w skuteczność modlitw.

 


yours 2009-11-12 14:01:21
skomentuj (45)
Scena seksualna z drożdżową babą

Nie było jej kilka dni, wróciła wczoraj nad ranem, obudziło mnie trzaśnięcie furtki, a potem nie dał zasnąć miarowy stukot ekspresu, raz, dwa, trzy, cztery małe kawy, ciekawe, czy dla siebie, czy może ma gości, wstaję i ostrożnie podchodzę do drzwi, drewniana podłoga lekko skrzypi, ale oni nie słyszą – widzę już ich wyraźnie – dziewczyna, jakiś chłopak i ich koleżanka, pulchna jak drożdżowa baba. - Cześć, napij się z nami kawy, miałam nadzieję, że się obudzisz – wita mnie dziewczyna. Schodzę na dół, czuć od nich mocny zapach alkoholu, papierosów i chyba marihuany, zresztą zachowują się tak jakby byli napaleni bardziej niż mój piec w piwnicy. Drożdżowa baba obejmuje chłopaka, ten wsadza jej rękę pod bluzkę, miętosi piersi, dziewczyna chwilę na nich patrzy, potem odwraca się do mnie i czeka. Widzę, że czeka, czuję, że czeka, nie mam pojęcia, co zrobić, nie wiem, na co nastawione jest to jej czekanie, dziś dzieli nas przepaść świadomości – ona jest naćpana, a ja dopiero przebudzony. Podchodzi i rozchyla usta do pocałunku, po czym w ostatniej chwili ucieka mi sprzed nosa i sięga do moich bokserek, zsuwa je, i już klęczy, po sekundzie czuję jej dłoń, potem język i wargi, to samo robi ze swoim chłopcem drożdżowa baba, i tak stoimy we dwaj, a one klęczą, równomiernie ustami nas posuwając.

Przeszkadza mi absurd tej sytuacji, jeszcze pięć minut temu leżałem pod kołdrą i coś mi się śniło, a teraz tkwię na środku kuchni z majtkami opuszczonymi do kostek, jakiś obcy facet stoi o dwa metry dalej, widzę jego owłosione krocze i słyszę budzący się jęk, drożdżowa baba mlaszcze, dziewczyna liże w milczeniu, a ja nagle postanawiam przemówić po raz pierwszy tej nocy i oto oznajmiam, że na stole stygnie nam kawa. Mówię to i jestem pewien, że wszyscy nagle zapragną się jej napić, dziewczyny wstaną i obetrą usta, a my podciągniemy majtki i może nawet zaczniemy rozmowę. Ale tak się nie dzieje, one nie przerywają, drożdżowa baba nadal mlaszcze, dziewczyna po cichutku zaczyna stękać,  kawa stygnie, a nieznany chłopiec wydaje długi okrzyk ulgi i natychmiast stygnie razem z nią.

- Pierwsza! – krzyczy drożdżowa baba i klepie go po pośladkach, bardzo zadowolona. Chłopiec osuwa się na stojące obok krzesło i natychmiast zasypia, z opuszczoną głową, z opuszczonymi spodniami. Drożdżowa baba nawet nie wstaje, zbliża się do nas na kolanach, jakby połknęła przed chwilą świętość i doznała objawienia. – Daj, pokażę ci, jak to się robi – chce odsunąć dziewczynę, ale w tej sekundzie krzyk nieznanego chłopca słyszę z własnego gardła.


yours 2009-10-30 14:24:20
skomentuj (41)
Ślad waginy jako dzieło sztuki

Dziewczyna akurat wychodzi na zajęcia. W przedpokoju, oparty o ścianę, stoi zawinięty w szary papier obraz.

- Mógłbyś mi go po południu przywieźć na uczelnię? O trzeciej, dobrze? Drugie piętro, sala do ćwiczeń.

Mógłbym. Dziewczyna wybiega. Próbuję zajrzeć do wnętrza pakunku, ale papier owija go szczelnie. Przed trzecią jestem z obrazem na miejscu. Wielki gmach z czerwonej cegły, ponad stuletni, neogotyckie strzeliste okna. Wnoszę obraz po szerokich, marmurowych schodach, salę do ćwiczeń znajduję na końcu korytarza - przestronna, jasna, wysoka na chyba pięć metrów. Pod ścianą rząd sztalug, poskładanych, równo ułożonych jedna obok drugiej. Największa jest rozłożona, stoi pośrodku. Na wprost drzwi kilkanaście ławek, jednoosobowych, zwróconych przodem do wejścia. Wszystkie zajęte, kilku studentów siedzi na parapetach. Dziewczyna bierze obraz, rozwija go z powagą i skupieniem, ustawia na rozłożonej sztaludze. Studenci patrzą z uwagą. Nie widzę, co obraz przedstawia, obrócony jest do mnie tyłem.

- Raczy pan zamknąć drzwi – zwraca się do mnie staruszek w muszce i kamizelce. – Z tej albo z tamtej strony.

Jestem tak ciekaw obrazu, że zamykam z tej. Staję pod oknem, dziewczyna chyba nawet mnie nie dostrzega. Patrzę na obraz. Wygląda jak jeden z testów plam atramentowych używanych podczas psychoanalizy. Na białym płótnie czerwona smuga w kształcie dużej litery V. Jestem rozczarowany.

- Praca semestralna studentki trzeciego roku – przedstawia staruszek. – Zatytułowana „Ślad waginy”. Autorka nie korzystała z pędzla. Jako narzędzie posłużyło w tym przypadku jej własne ciało. Proszę państwa o opinie. Pan na parapecie może zacznie.

Z parapetu zeskakuje długowłosy blondyn. Podchodzi do obrazu, spogląda lekceważąco.

- To trochę zbyt oczywiste – mówi. – Niby ma wartość szoku i prowokacji, ze względu na narzędzie pracy. Ale chyba już tylko na przedmieściach może na kimś zrobić wrażenie. Podobne rzeczy już ludzie widzieli. Tak prawdę mówiąc, równie dobrze mógłbym odcisnąć na płótnie swoją rękę. Albo penisa. Jeśli pozbędziemy się kołtuństwa, to nawet z punktu widzenia modelek i modeli, które nam pozują, powiedzcie,  jaka jest różnica między dłonią, waginą a penisem?

- Spróbuj zjeść zupę posługując się penisem! – rzuca ktoś z ostatnich ławek. Sala w śmiech. 

- A pamiętacie Tima Patcha, tego malarza z Australii? – pyta ubrano na czarno brunetka.

- Nie wspominajcie mi o Timie Patchu – załamuje ręce staruszek.

- Panie profesorze, ale podobieństwo jest tu oczywiste – brunetka nie daje sobie przerwać wywodu. – Co zrobił Patch? Zdobył się na to, do czego chyba nikt przed nim nie miał odwagi. Rozebrał się w miejscu publicznym i zaczął penisem malować obrazy. Tu mamy ten sam pomysł, z tą różnicą, że autorka posłużyła się waginą.

- Uważam, że to komercyjne – mówi siedzący koło mnie brodacz z dredami. – Nie oceniam teraz samej komercji jako negatywnego zjawiska. Ale obraz malowany waginą może budzić pożądanie. Być może podświadome i głównie u mężczyzn. Ale sztuka powinna przede wszystkim budzić w ludziach uczucia. Jestem pewien, że obrazy waginalne mogą poprzez ciąg wyobrażeń budzić większe pożądanie niż niejeden akt. Przecież chyba każdy, kto na taki obraz spojrzy, myśli od razu o tym akcie twórczym, podczas którego obraz powstał. No i nie oszukujmy się, każdy od razu widzi w wyobraźni tę realną waginę, która zostawiła na płótnie swój ślad.

- Zapewniam pana, że nie każdy – uśmiecha się ironicznie staruszek. – Mam wrażenie, że nasza dyskusja idzie w jakimś sztubackim kierunku. Przestrzegałbym państwa przed zbytnią dosłownością. To, że Renoir mawiał, iż maluje swoim penisem, było tylko jego metaforą.

W domu siedzę sam do późnej nocy, dziewczyna nie wraca, nie wiem, może się wstydzi, może się czuje upokorzona. Żal mi jej. Chociaż zupełnie nie rozumiem. Co to za malarstwo? Gołym tyłkiem po obrazie jeździć. I żeby tylko tyłkiem. Swoją drogą, zastanawiam się, jak ona to zrobiła? Tak fizycznie. Wysmarowała się między udami i usiadła na tym płótnie? Czy może najpierw wypięła płótno z blejtramu, żeby do wnętrza ud dokładnie przylegało? Rety, o czym ja myślę?! Ten brodacz z dredami miał rację. Taki obraz budzi wyobraźnię.

Słyszę trzask otwieranego zamka. Wróciła. Biorę gazetę i zasłaniam się nią przed smutkiem, który zaraz zobaczę.

- No, cześć, nie śpisz jeszcze? – wesoło się wita dziewczyna.


yours 2009-10-18 07:55:15
skomentuj (25)
 

Mieszkanie w Gdańsku
na wynajem dla fajnych ludzi

Zdjęcia
Oto foto

Moje zakupy
Tu możesz mi zajrzeć do koszyka

Powrót Piotrusia Pana, czyli...
Pan Piotruś, moje alter ego.

Blog jest Twój, komentarze tylko moje


2010
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
kwiecień