Statystyki

  • Wszystkich wizyt: 808046
  • Dzisiaj wizyt: 95
  • Wszystkich komentarzy: 7560

Moja książka

pozadanie_okladka-1

Dotknij mnie w tym miejscu

„Wiesz, ponoć jeśli człowiek czegoś bardzo czegoś chce, to wszystko się może zdarzyć. To trochę tłumaczy fakt, że jeszcze niedawno Cię nie znałem, a dziś wypełniasz moje myśli tak szczelnie, że nic innego nie jest w stanie się prześlizgnąć. To dziwne uczucie – mam Cię cały czas jakby podkorowo, coś tam sobie robię, coś mówię, a jednocześnie czuję Twoją obecność. Jakbyś siedziała mi w głowie i machała nogami. Myślę, że to jeszcze pół biedy, że siedzisz sobie właśnie tam. Ale co będzie, jeśli krwiobiegiem dotrzesz mi do serca? I stamtąd pomachasz ręką?
- Halo, halo, Piotruś, tu jestem!
Zauważyłaś, że można tak po czyimś organizmie wędrować właściwie bez pytania?
Od razu odwracam sytuację i zastanawiam się, gdzie ja u Ciebie jestem. Sprawdzimy? Pomyśl o mnie. Pomyśl o moich dłoniach, które dotykają Twoich piersi. Poczułaś taki gwałtowny skurcz? Albo falę ciepła? Gdzie? Powiedz. Tam właśnie jestem. Dotknij mnie w tym miejscu.”

Listy miłosne z telefonu

Moja ostatnia Muza kupiła na targu staroci maszynę do pisania i wystukiwała na niej listy miłosne. Uwielbiałem wyciągać je z kopert, spod talerzyka, spomiędzy kartek książki, którą akurat czytałem. Takie listy mają niespotykaną magię i inną moc. Większą, niż wyznania miłości w mailach, nie mówiąc już o esemesach.
Jak ja nie lubię wtrącających się tam automatycznych słowników ortograficznych! Pisałem do dziewczyny, że dość mam świata wirtualnego i chciałbym się spotkać w realu, czyli w rzeczywistości, a głupi słownik zmienił to na Real, sieć supermarketów. No i wymiana smsów wyszła tak:
„Mogę poprosić Cię o pocałunek?”
„Całuję mocno, z nadzieją, że kiedyś w Realu.”
„Mam bliżej do Tesco.”

Dziewczyna zwana Fatamorganą

Wieczór pełen jest czytelnych znaków –błękitny parasol dziewczyny nie przeciąga leniwie ramion na balkonie, lecz czeka przewieszony na krześle, gotów w każdej chwili do wspólnej z nią ucieczki, podobnie jak szal, torebka i rękawiczki. Na domiar złego, nie zdjęła nawet butów, nie ma więc mowy o ciepłym ocieraniu się stopami pod stołem, co – jak wiadomo – kończy się zazwyczaj wspólną wędrówką stóp do łóżka, gdzie zawsze im najlepiej. Buty odgradzają, stoją na przeszkodzie, a wraz z nimi zapora z płaszcza, który leży między nami, złowróżbnie wyszczerzając gotowe do zapięcia guziki.
Patrzę na nią i mówię pełen pretensji: jeśli masz zniknąć, to zniknij fatamorgano, mam za sobą kolejny nie do zniesienia ciężki dzień bez ciebie, od rana nie było cię na poduszce obok, ani pod kołdrą, nie ukryłaś się pod prześcieradłem, ani też pod łóżkiem, nie znalazłem cię w łazience, w pokoju i kuchni, a szukałem wszędzie, bardzo dokładnie, po dwa razy, sprawdziłem nawet na dnie filiżanek, i wytrzepałem torebki po cukierkach, może tam pozostawiłaś po sobie coś słodkiego.
Nie jestem fatamorganą, odpowiada, tylko zwykłą dziewczyną, patrz, to moja dłoń, możesz ją dotknąć. Dotykam, i rzeczywiście dziewczyna nie znika, jej ciepła dłoń zamyka się na mojej i wszystkie czytelne znaki wieczoru stają się nieważne, płaszcz dziewczyny przestaje szczerzyć guziki, a błękitny parasol zamyka się w sobie jak dzień, który zasypia na noc.
Jest pięknie, gdy wyjmuję z dłoni dziewczyny kieliszek po winie i rozpinam pierwszy guzik bluzki, a ona zsuwa buty, bo już nigdzie się nie wybierają.

O tęsknocie

Tylko wychodzisz, a ja już czuję tęsknotę. Powinna pójść za tobą, nic mi tu po niej, wychodzę więc z nią na klatkę schodową, podstępnie w ślad za tobą, po czym szybko cofam się do mieszkania i zatrzaskuję drzwi. Ale podstęp się nie udaje, tęsknota nie zostaje zatrzaśnięta po tamtej stronie, nie szura bezradnie butami na wycieraczce, w drzwi nie drapie jak wyrzucony z domu pies. Znów jest ze mną, po wewnętrznej stronie drzwi i mojej skóry.
Próbuję od niej uciec, ale dopada mnie na każdym kroku. Tęsknię za tobą wszędzie – na kanapie, w łóżku, przy stole, na krześle, w wannie, a nawet pod stołem. W całym domu nie ma takiego miejsca, w którym bym za tobą nie tęsknił.

Wyrzut sumienia w sklepie warzywnym

W sklepie warzywnym starsza pani wybiera jabłka. Powoli, starannie, każdemu się przyglądając z uwagą. Wzięła cztery, po chwili, z wahaniem, jedno odkłada z powrotem. Prosi jeszcze o szczypiorek, płaci trzy dwadzieścia i wychodzi, kłaniając się uprzejmie.
- To poetka – mówi sprzedawczyni do następnej klientki. W jej głosie brzmi duma, bo nie w każdym sklepie warzywnym kupują poeci.
- Poetka? – dziwi się klientka. – Nawet nie wiedziałam, że poeci jeszcze istnieją.
- No, a Szymborska?
- Już nie żyje.
- A ten ksiądz, jakże mu tam? Tischner? – sprzedawczyni nie daje za wygraną.
- Też nie żyje.
Zapada chwila kłopotliwego milczenia.
- No ale ta jeszcze żyje – wraca do tematu sprzedawczyni.
- Może to ostatnia.
Znowu milczenie.
Po czym sprzedawczyni:
- A ja ten szczypior taki zwiędnięty podałam.

KRÓTKA HEREZJA O MIŁOŚCI

Dawno, dawno temu, jeszcze przed wynalezieniem człowieka, anioły mogły obcować ze sobą cieleśnie. Dotykały się ustami, by tchnąć w siebie oddech, a wraz z nim swoją moc, bogactwo jawy oraz proroctwo snów. Komunikowały w ten sposób, wymieniały się marzeniami, zaspakajały pragnienia.
Potem pan Bóg wymyślił człowieka. Na samym początku człowiek żył z aniołami i od nich nauczył się wszystkiego, łącznie z oddechem, który zawierał myśli, obrazy, muzykę, poezję.
Tak powstała radość. Ale była zbyt silna – mocniejsza od pana Boga, który poczuł zazdrość. Postanowił stworzyć coś potężniejszego i do głowy przyszedł mu smutek. Rozdzielił ludzi od aniołów.
Do dziś człowiek usiłuje je sobie przypomnieć i wiecznie tęskni. Gdy znajdzie kogoś, kogo pokocha, dotyka go ustami, tak jak to było w zwyczaju u aniołów. I czuje człowiek z tego powodu przyjemność, chociaż sam nie wie dlaczego.
I to się nazywa miłość.

„Dom tęsknot” – już w księgarniach

10670079_763496920355687_4869871199435400548_n

Przypowieść o fantazji seksualnej

 

Opowiem wam dziś historię totalnie nieromantyczną.

(Rozwiniętą znajdziecie w zbiorze opowiadań, który powinien się ukazać w następnym roku).

Poznałem dziewczynę, niby normalna sprawa, ale jednak za każdym razem na swój sposób wyjątkowa. Tydzień, dwa tak sobie gadamy o wszystkim, a w końcu powstaje między nami ten charakterystyczny rodzaj napięcia, który nieuchronnie musi doprowadzić do wyładowań niekoniecznie elektrycznych. Pytam ją zatem, czy ma jakaś niezrealizowaną fantazję, a ona odpowiada, że chciałaby być pieszczona, mając związane ręce i zasłonięte oczy. Ewentualnie w pokoju tak ciemnym, żeby nie było nic widać.

Niemal każda dziewczyna, którą do tej pory pytałem o niezrealizowaną fantazję, też chciała być związana, zdumiewające, że każda ma taki brak seksualny, zupełnie jakby ich dotychczasowym facetom nie chciało się kupić sznurka. Ale ja chcę być lepszy, więc jadę do Castoramy zainwestować w seks mojego życia. Mogłem pojechać do Praktikera, mam nawet bliżej, ale Praktiker nie wydawał mi się tak podniecający. A ja mam już ochotę jak diabli, tym bardziej, że też jeszcze nie kochałem się w ten sposób, prawdopodobnie dlatego, że sznurek zawsze wydawał mi się krępujący.

Oglądam te wszystkie motki, ale większość to jakieś szpagaty, przykładam je do przegubów dłoni i stwierdzam, że cienki sznurek może być niebezpieczny, zwłaszcza jak już dziewczyna będzie dochodzić. Sporo jest linek plastikowych, ale wydają mi się za szorstkie. Są też gładkie, do wieszania prania, ale jakieś takie nie seksowne w dotyku. W końcu znajduję odpowiednią linkę, ale niestety nie da się kupić kawałka, więc biorę cały zwój – 25 metrów, i wiozę do domu, zupełnie jakbym miał zamiar zrobić z dziewczyny zawijaną roladę.

Odcinam cztery kawałki, przywiązuję do poprzeczek łóżka, opuszczam rolety, wykręcam żarówki z nocnych lampek, żeby jasność nie wiodła nas na pokuszenie i czekam, ćwicząc najmocniejszy węzeł żeglarski.

No i przyjeżdża. Najpierw ładnie się całujemy, długo i namiętnie, uwielbiam całowanie jako element gry wstępnej, po kwadransie usta mamy już tak gorące i suche, że grożą pożarem, więc biorę dziewczynę za rękę i nareszcie biegniemy do sypialni. Po drodze zrzucam z siebie ubranie, zostaję jednak w bokserkach, żeby nie eksponować zanadto reakcji organizmu. W sypialni ciemność absolutna, ale udaje nam się dotrzeć do łóżka bez przewracania krzeseł.

Po chwili ona już leży i czuję jak dygocze z podniecenia, tym bardziej więc trzęsą mi się ręce, gdy do przegubów rąk oraz kostek jej nóg przywiązuję sznurek. Wszystko jest tak, jak sobie zaplanowaliśmy, więc zrzucam bokserki i kładę niecierpliwe dłonie na udach dziewczyny.

I… ja pierdolę! Dopiero teraz zdaję sobie sprawę z tego, że nie zdążyła się rozebrać. Rozpaczliwie rozpinam jej spodnie, ale to przecież bez sensu, bo ich z niej nie ściągnę, skoro jedna noga przywiązana do jednej poręczy, a druga do drugiej. Po chwili zauważam, że z podobnej przyczyny nie zdejmę także biustonosza. Porażka.

Sięgam do węzła i próbuję go rozplątać, no trudno, za chwilę zawiążę z powrotem, ale to dobry węzeł żeglarski, po ciemku nie dam mu rady. Zastanawiam się gorączkowo, gdzie schowałem żarówki. W szafce nocnej? Wychylam się z łóżka i otwieram szufladę. Szlag! Zbyt nerwowo, szuflada leci na podłogę, coś się rozsypuje. Wstaję i słyszę jakieś chrupnięcie, czując równocześnie potworny ból. Rozdeptałem tę cholerną żarówkę! Podskakując na jednej nodze docieram do przedpokoju, zapalam światło i aż słabo mi się robi. Kawałki cienkiego jak żyletka szkła wystają ze stopy, krew się leje, robi mi się słabo, na pewno umieram, jak każdy facet na wojnie ciężko ranny w stopę. Kuśtykam do łazienki i szukam pęsety, żeby te cholerne kawałki szkła wyciągnąć, ale niby dlaczego w taki pechowy wieczór mam sobie przypomnieć, gdzie schowałem pęsetę.

Opadam więc na sedes i czuję, że zaraz niebohatersko się rozpłaczę – tam w pokoju leży dziewczyna piękna jak marzenie i gotowa na wszelkie pieszczoty, a ja tu siedzę na kiblu z poharataną stopą…

No ale przynajmniej w końcu wiem, dlaczego tak mało mężczyzn ulega kobiecej fantazji ze sznurkiem.

 

 

 

 

 

 

o czym myślę

 

Siedzieliśmy obok siebie i wymienialiśmy gesty, spojrzenia oraz słowa, i wszystko było na bezpieczną odległość lekkiego niedomówienia. Na chwilę oboje zamilkliśmy, a wtedy zapytała mnie, o czym myślę. To nie była dobra chwila, żeby powiedzieć jej prawdę, bo znaliśmy się zaledwie od kilku godzin, więc powinienem coś nakłamać romantycznie. Miała jednak na sobie sukienkę z dekoltem, który uniemożliwiał mówienie nieprawdy. Jej usta też uniemożliwiały mówienie nieprawdy. Podobnie jak oczy, ramiona, łydki, szyja, zarys łopatek, dwa spiskujące przeciwko prawdzie obojczyki, a także stopy. Obiektywnie rzecz ujmując, każdy centymetr jej ciała uniemożliwiał mówienie nieprawdy. A do tego uśmiechnęła się tak, że żadne kłamstwo nie przeszłoby mi przez gardło, chociaż trochę się nawet starałem. Wszystkie nieprawdziwe słowa pęczniały mi w ustach i nie mogłem ich ani przełknąć, ani wypowiedzieć. Jeszcze chwila i pękłbym jak balon. Nie miałem zatem wyboru i powiedziałem jej prawdę pełną gorących słów, od których spierzchły mi usta, a potem spierzchły i jej, na drugi dzień całe były popękane od wycałowania.

Taka niepotrzebna sytuacja

Całuj mnie mocno, szepcze, całuj po szyi, za uchem, po karku i plecach, całuj tak jak lubię, żebym czuła twoje wargi i język. Pochylam się nad jej uchem i pytam czy mnie kocha, a ona potrząsa głową niezadowolona i macha ręką, jakby odganiała natrętną muchę. Chyba zwariowałeś, syczy, gdybym cię kochała, w życiu bym nie poszła z tobą do łóżka. Początkowo myślę, że żartuje, uśmiecham się, ale niepewnie, i wiem, że mam wyraz twarzy głupka, który przechodzi przez ulicę na czerwonym świetle, zaraz pewnie potrąci mnie rozpędzony samochód. I rzeczywiście, widzę zbliżające się ślepia reflektorów, chyba nie zdążę już uciec, błyszczą jej oczy, nagle rozeźlone i gniewne. Słuchaj, cedzi powoli złe słowa, słuchaj romantyczny idioto, umawiałam się z tobą na seks, a nie na miłość, bo chcę cielesnych uciech, a nie duchowych boleści, dlatego rżnij mnie po prostu i nie mów mi ani słowa o jakiejś pieprzonej miłości.