Statystyki

  • Wszystkich wizyt: 716261
  • Dzisiaj wizyt: 4
  • Wszystkich komentarzy: 7182

Moja książka

pozadanie_okladka-1

Nie bój się tęsknoty

- Tęsknota to piękne uczucie. Takie jak miłość, ale smutniejsze. Tęsknota to takie uczucie jak smutna miłość. Uczucie rozpamiętywania tego, co było dobre i zapominania tego, co było złe. Przypominania sobie rzeczy, które być może w ogóle się nie zdarzyły i nadzieja, że jeszcze się kiedyś powtórzą.

- Jak mogą się powtórzyć, skoro się nie zdarzyły?

- To właśnie w tęsknocie jest takie pociągające. Pewność tego, że byłeś w miejscach, które być może nie istnieją i wiara, że kiedyś do nich powrócisz. Spotkasz tam kogoś, z kim byłeś szczęśliwy przez chwilę tak krótką, że zauważyłeś to dopiero wtedy, gdy było za późno, a teraz oglądasz się, patrzysz za siebie i masz wrażenie, że widzisz ją na horyzoncie czasu i zaraz ta chwila będzie ci dana ponownie, a ty będziesz tym razem na nią gotów i całym ciałem się w niej rozsmakujesz.

Impresja na temat hotelowej ściany

- Szef panu kazał mnie uwieść czy tylko obłaskawić? – zapytała ostatniego dnia pobytu na szkoleniu.
- Tylko obłaskawić.
- Szkoda.
Nie wiedziałem, czy mówi serio, czy ze mnie żartuje. Ale raz zasiana myśl puściła głębokie korzenie i rosła już niezależnie ode mnie.
Po wykładzie zaprosiłem ją na kolację. Piliśmy wino i rozmawialiśmy. Od dawna z nikim tak dobrze mi się nie rozmawiało. Nagle poczułem, że mam jej tyle do opowiedzenia, a ona to wszystko powinna usłyszeć, bo jak nie usłyszy, to z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu spotka nas niepowetowana strata. Mijały kwadranse, potem godziny, zegarek pokazywał już drugą w nocy, a odległość między nami w cudowny sposób się zmniejszała. Słowa są po to, żeby zbliżyć usta kochanków, w końcu nasze usta były już tak blisko siebie, że nie trzeba było słów.
- Jestem mężatką, praktykującą – powiedziała, gdy znaleźliśmy się pod drzwiami jej pokoju.
Jesteśmy teraz w hotelu i śpimy w różnych pokojach. Jej pokój jest tuż za moją ścianą, gdy kładłem się do łóżka, wiedziałem, że nasze łóżka dzieli tylko ta jedna ściana, widziałem przez nią uśpione ciało tej dziewczyny i czułem jak nasze ręce dotykają muru, jak pod ich pragnieniem zmniejsza się grubość oraz gęstość cegieł, jak się szukamy przez ustępującą przeszkodę, aż w końcu nasze dłonie się spotykają i zaczynają splatać palce, potem wędrują ciepłymi ścieżkami ramion, odnajdują miejsca tylko przez wyobraźnię odkryte i zaskakują je we śnie. Usta wymieniają oddechy, przenikając nimi przez tynki jak przez najcieńszy muślin i nawet pamięć o ścianie przestaje istnieć i nie ma jej aż do świtu, gdy tuż przed nami się budzi i w pośpiechu ustawia porozrzucane na podłodze cegły.

Jak przestałem być znawcą kobiet

Zdarzyło się kilka razy, że przyszły do mnie kobiety, żeby się wyżalić. Nie wszystko można przecież powiedzieć nawet najbliższej przyjaciółce, a wiadomo, że najbardziej na sercu ciążą te sprawy, które nie są opowiedziane. Tak już jest, że jak człowiek o nich komuś opowie, to robi mu się lżej na duszy. Tak jakby nasz smutek przylepiał się do słów i wraz z nimi gdzieś odchodził.

Ostatnio jednak przyszedł do mnie mężczyzna. Właściwie jeszcze chłopak. Dwadzieścia sześć, góra dwadzieścia osiem lat.

- Zakochałem się – powiedział. – I nie wiem, jak ją poderwać.

- Jak ma na imię?

- Marcysia.

- Nie martw się, jak będziesz wystarczająco cierpliwy, to w końcu poderwiesz  Marysię.

Zacząłem mu tłumaczyć, a on słuchał. Na koniec dałem kilka rad. Po pierwsze: na randce musisz być uśmiechnięty. Pochwal jej wygląd, ale nie mów: „Jaką ładną bluzkę kupiłaś, pewnie droga?” Powiedz raczej: „Jak ładnie wyglądasz w tej bluzce, chociaż nie jestem pewien, czy ona na ciebie zasługuje”.  Pamiętaj, że kobiety są na słowa bardzo czułe. Po drugie: daj jej mówić. Kobieta musi się wygadać. Ma taką potrzebę, nieznaną mężczyźnie. Skoro ty musisz na randce zamówić piwo i cztery razy pójść do toalety, to kobieta musi mówić. Oboje macie swoje potrzeby. Mówienie jest u kobiety potrzebą także fizjologiczną. Po trzecie: udawaj, że nie jesteś facetem. Nie oglądaj się za innymi kobietami. Nie bekaj, nie siorbaj. Nie drap się po tyłku ani z przodu, wiesz gdzie. Nie wyłamuj sobie palców, a tym bardziej nie wyłamuj jej palców. Po czwarte: chociaż przez pewien czas patrz jej prosto w oczy, ale pamiętaj, że to nie są zawody z podstawówki w „kto kogo przetrzyma”. Po piąte: pamiętaj, że te same słowa u kobiet zupełnie co innego znaczą. „Niepoprawny” to komplement, gdy chcesz całować jej stopy. Wtedy możesz być niepoprawny. Generalnie – możesz być niepoprawnym romantykiem, ale nie możesz być niepoprawnym gburem.

Wiem, że takie rady to nie są epokowe odkrycia współczesnej psychologii, ale w sam raz na dobry początek. Nawet nie wiecie, jak faceci na randkach potrafią beznadziejnie się zachowywać. Czasami, jak ich obserwuję, to nie mogę się nadziwić, że ktoś się z nimi jednak spotyka. Niekiedy są tak beznadziejni, że już dawno powinno dojść do wymarcia naszego gatunku.

Chłopak, siedzący po drugiej stronie biurka, słuchał potakując głową, co oznaczało, że wszystko rozumie.

Po tygodniu wrócił. Wszedł uśmiechnięty, promieniujący wręcz.

- Udało się! Przyszliśmy panu podziękować – powiedział. – Mówię wszystkim chłopakom, że powinien pan założyć biuro porad sercowych.

- Biuro podrywaczy kobiet? – zażartowałem, puszczając oko.

- Ho, ho! – zakrzyknął. – Wejdź w końcu, Marcysiu!

W drzwiach stanęła jego wybranka. Wysoki, bardzo szczupły brunet o miękkich ruchach, gładkiej twarzy i falujących włosach.

- Dzień dobry, jestem Marcyś, a dla przyjaciół Marcysia – przedstawił się, dygając zupełnie jak dobrze wychowana dziewczynka.

Od tej pory nie wypowiadam się już jako znawca kobiet. W pewnym sensie poderwałem przecież faceta.

 

Jak zrobić awanturę z niczego.

(Poradnik dla początkujących)

 

Nabieram sobie spokojnie spaghetti, jest miły wieczór i palą się świece, wszelkie zło tego dnia zostało już zażegnane i kiedy wydaje mi się, że wszystko mam pod kontrolą, Weronika pyta nagle, czy orgazm mam kontrolowany, a ja zastygam z widelcem w pół drogi. Nie bardzo wiem, co jej odpowiedzieć, a przede wszystkim nie wiem po co – nie znam powodu kontroli mojego orgazmu, patrzę więc na nią ze zdumieniem, a ona najwyraźniej jest rozmarzona. Jest śliczna jak z obrazka, ale chyba niepełnoletnia, więc jej rozmarzenie trochę mnie niepokoi.

- W jakim sensie kontrolowany?  – pytam, by zyskać na czasie, a ona śmieje się głośno i mówi, że przecież nie chodzi jej o straż graniczną.

- Straż graniczna już nie kontroluje  – zauważam z nadzieją zmiany tematu, ale jej nie interesują rozwiązania prawne na granicy, więc powtarza pytanie, cedząc słowa z wyrazem twarzy tak obojętnym, z jakim przed chwilą cedziła spaghetti.

- W pewnym sensie mam kontrolowany – zapewniam z miną spłoszoną, na co ona powiada, że nawijam makaron na uszy, co jest ewidentną nieprawdą, bo przecież nawijam go na widelec.

- W jakim sensie masz kontrolowany? – dopytuje.

- To właśnie ja przed chwilą o to pytałem.

- O co pytałeś?

- Dokładnie takie samo pytanie ci zadałem.

- Mnie pytałeś o orgazm? Pierwsze słyszę.

- Nie. Pytałem o to, w jakim sensie kontrolowany.

Zamilkła.

- To ty mówiłeś, że w pewnym sensie masz kontrolowany – stwierdziła po dłuższej chwili.

- W jakim sensie?

- No właśnie to chciałabym wiedzieć! Sens przecież jest jeden, więc nie pytaj mnie w jakim sensie!

- Pogubiłem się. Jak to „sens jest jeden”?

- Normalnie! Tak jak sens życia!

- Pytasz o sens życia?

Zatrzęsła się z oburzenia.

- Ty po prostu robisz ze mnie wariatkę!

- Wariatkę? W jakim sensie?

- Srakim! – wrzasnęła, rzuciła widelcem i obrażona wyszła, trzaskając drzwiami.

Dolewam sobie wina i kończę jeść spaghetti. Niby dobrze, że sobie poszła, bo głupio iść do łóżka z dziewczyną o tyle młodszą. Z drugiej jednak strony – trochę jednak żal. Cholera, po co pytała akurat o ten orgazm, przecież gdyby jeszcze trochę została, to mogłaby się dowiedzieć.

Miłosny tester Bazyliszki

Na imię miała Alicja, ale jej wzrok był tak zabójczy, że mówiliśmy na nią Bazyliszka.Dziś zajmuje się sztuką, jest kobietą bogatą, elegancką i chyba wyuzdaną, tak mi się przynajmniej zdaje, gdy patrzę na jej skórzane spodnie i czarno białe zdjęcia, głównie erotyczne,  zdobiące wnętrze gabinetu. Bawi się szufladą, otwiera ją, zamyka. Myślę, że ma tam przedmioty, którymi chciałby mnie zaskoczyć. Ale to mogą być równie dobrze fotografie z naszego dzieciństwa.

To było ponad dwadzieścia lat temu.

Siedzieliśmy na schodach, dłubiąc słonecznik.

- Bardzo bym chciał dotknąć twoich piersi…

- A dlaczego chcesz to zrobić? – zapytała, nie przerywając dłubania.

- Nie wiem. Tak po prostu. Chcę.

- A dlaczego chcesz?

- Nie wiem. Tak po prostu w środku czuję, że chcę.

- Ale jak w środku?

- No w środku. W człowieku. We mnie.

- Ale w sercu?

- Nie, to nie jest w sercu.

- No to gdzie?

- Nie wiem.

- A jak to czujesz?

- Tak jakbym chciał siku.

Przez dłuższą chwilę milczała.

- Tak jakbyś chciał siku?

- No tak czuję w środku, że chcę.

- Mama mówiła mi, że chłopcy są dziwni.

Tym razem ja zamilkłem.

- To chyba miłe, że chcesz dotknąć moich piersi – powiedziała po chwili Bazyliszka.

- To mogę?

- Ale kiedy indziej.

- Kiedy?

- Jak poczujesz to w sercu, a nie tam, gdzie chcesz siku.

Bazyliszka westchnęła, a ja zrozumiałem, że wie o pewnych sprawach znacznie więcej niż ja. Westchnąłem i ja, po czym w milczeniu nadal skubaliśmy słonecznik. Nie wiem, o czym wówczas myślała, natomiast ja zastanawiałem się jak to będzie, gdy poczuję w sercu, że chcę jej piersi chcę dotknąć tak bardzo jakby chciało mi się siku.

Przypowieść o kobiecie poetyckiej

Do niedawna byłem poetą, poetą totalnie romantycznym. Romantyczne były nie tylko moje wiersze, ale także wszystko, co mówiłem i bardzo wiele z tego, co czyniłem. Na przykład śniadanie na trawie, kluski na parze, kolacja przy świecach. No, może kluski nieco mniej.

Mój wygląd był romantyczny, zwłaszcza, gdy miałem na sobie płaszcz, szal oraz kapelusz.  Taki zestaw bardzo dobrze wpływa na wizerunek romantycznych poetów. Mój głos był romantyczny, w tym także śpiew, nawet przy goleniu. Także szafę miałem romantyczną, a była to szafa grająca niemodne melodie.

Pewnego dnia postanowiłem, że się ożenię. W tym celu kupiłem garnitur do ślubu. Oraz czarne buty błyszczące jak nocne tafle jezior. Powiesiłem garnitur w szafie grającej niemodne melodie, po czym wybrałem się w świat na poszukiwanie kobiety idealnej, czyli takiej jak z wierszy.

Zwiedziłem wszystkie kraje, a w nich większość ważnych metropolii, takich jak na przykład Brzeziny, Żychlin oraz Gierzwałd. Ale kobiety z wierszy nigdzie nie było.

Wówczas zrobiłem to, co robi każdy praktykujący katolik, a mianowicie zwróciłem się do pana Boga z prośbą o pomoc. Pan Bóg miał trochę wolnego czasu, więc zapytał łaskawie, jak ja sobie taką kobietę wyobrażam.

- No, ma być idealna – wytłumaczyłem, zdziwiony, że na tak wysokim stanowisku też można czegoś nie wiedzieć.

- To znaczy jaka? – dopytywał, najwyraźniej zupełnie nie znając się na kobietach.

- Taka jak w wierszach, jak w poezji, jak w najpiękniejszych opowiadaniach o miłości.

- Przykro mi – powiedział pan Bóg. – Od czasu Coelho ja nie czytuję już opowiadań o miłości. To w złym świetle stawia moje dzieło.

- To może ja w kilku słowach streszczę – postanowiłem przyjść panu Bogu z pomocą. – W wierszach poeci piszą, że taka kobieta ma na przykład: włosy lniane lub miedziane, porcelanową twarz i alabastrowe piersi, iskrzący wzrok, jedwabne ciało, a pośladki…

- Wystarczy – przerwał pan Bóg. – Pośladki to nie jest temat do omawiania z panem Bogiem. Wracaj do domu, czeka w nim kobieta, o którą prosisz.

Powrót zajął mi trzy dni i trzy noce.

W zasadzie mógłbym powiedzieć, że po prostu trzy doby, ale w bajkach tak się nie mówi.

Zobaczyłem ją od razu jak zajrzałem do sypialni. Leżała w łóżku i była dokładnie taka jak marzenie romantycznego poety. Włosy miała miedziane, twarz porcelanową, ciało jedwabne, a piersi alabastrowe. Wzrok iskrzący, oczywiście. Podszedłem i położyłem dłoń na jej miedzianych włosach. Okazały się jednak sztywne i nieprzyjemne w dotyku, zupełnie jakbym trzymał splot miedzianych drucików. Pocałowałem porcelanową twarz i poczułem, że dotykam ustami brzegu chińskiej filiżanki. Zsunąłem się ku alabastrowym piersiom. Ich sutki były zimne jak z kamienia. Nie, to niemożliwe, poeci nie mogą aż tak bardzo się mylić! Spojrzałem w jej oczy i na chwilę wróciła mi wiara. Wzrok miała naprawdę iskrzący, zupełnie jakby zrobiło się w niej zwarcie. Już się chciałem cieszyć, lecz niemal natychmiast jedna z iskier dopadła jedwabnego ciała….

Od tej pory wiem, że to, co wydaje się piękne w poezji słów, niekoniecznie może się sprawdzać w prozie życia.

Klasyfikacja kobiet nieformalnych

Media informują, że prezes Giełdy Papierów Wartościowych został odwołany, bo wykorzystując drogę służbową zbierał pieniądze na film swojej, jak to ujęto – „partnerki życiowej” Anny Szarek. Tak sobie przy tym pomyślałem, że kobiety nieformalne dzielą się na kochanki, partnerki życiowe i konkubiny. Kochanki trafiają się artystom i klasie średniej. Konkubiny warstwom niższym, zazwyczaj opisywanym w kronikach policyjnych. Partnerki życiowe przynależą natomiast do mężczyzn o dochodach powyżej 50 tys. miesięcznie. Wygląda na to, że w odróżnieniu od konkubinatu partnerstwo wymaga odpowiednio grubego portfela.

Aha, są jeszcze kocice, z którymi kocury żyją na kocią łapę.

Zima tęskniącego kota

Weź tego cholernego kota, krzyczy przez słuchawkę Dominika, przywiozłeś go ze sobą, to teraz go sobie zabieraj! Jest wściekła, bo mieliśmy zamieszkać razem, Dominika, ja i kot, którego wniosłem radośnie podnosząc z wycieraczki leżącej przed jej domem, wtedy gdy była jesień i liście opadały pożółkle, zaś chmury ciążyły jak na wieczną niepogodę i wszystkim robiło się smutno, a zwłaszcza kotom. Myślałem, że to dobry pomysł – przygarnąć bezpańskiego kota, który od kilku dni stołował się w śmietniku, a sjestę spędzał na wycieraczce; zresztą, wtedy to chyba rzeczywiście był dobry pomysł, bo Dominika się uśmiechnęła i przytuliła nas obu, jego do piersi, mnie do policzka, chociaż bym wolał odwrotnie.

Nie zamieszkaliśmy jednak razem, bo rozkochał ją w sobie mężczyzna przystojniejszy i lepiej zbudowany, o co akurat nietrudno, bo ja wyglądam jak domek na peryferiach, a on był jak czteropiętrowa kamienica, nawet miał gzymsy wokół balkonów. Zamieszkałem więc z Weroniką, a mówiąc ściślej – to ona zamieszkała u mnie, tymczasem mężczyzna o wyglądzie kamienicy poznał jakąś pannę o nogach jak wieżowce i postanowił się z nią zurbanizować.

Rozczarowana Dominika zaczęła dzwonić z pretensjami, żebym zabrał kota, bo ciągle jej się ze mną kojarzy, a ona ma już powyżej uszu tego skojarzenia, patrzy na kota i od razu myśli o mnie, zupełnie jakbym przez jego oczy patrzył. Pomyślałem, że to dobry pomysł, bo Weronika popadła w jakąś zimową depresję i bez większego efektu bierze leki, może kot będzie skuteczniejszy.

Rzeczywiście, początek wyglądał obiecująco – na nasz widok Weronika wyszła z łóżka po raz pierwszy od Sylwestra i zabrała się do przygotowania kuwety. Na drugi dzień okazało się jednak, że jedna kuweta nie wystarcza, bo kot sika po całej chałupie, więc dokupiłem dwie następne, a potem kolejne. Gdy liczba kuwet w domu przekroczyła liczbę pomieszczeń, a kot wynajdywał kolejne miejsca, pojechaliśmy do weterynarza, który orzekł, że sikanie poza kuwetami jest formą tęsknoty za swoją panią, to ponoć u kotów typowe. Przypomniałem sobie wtedy tych wszystkich mężczyzn, którzy szczają po klatkach schodowych w Śródmieściu i pomyślałem ze współczuciem, że oni pewnie też to robią z tęsknoty za kobietami. Może to mało romantyczne, ale widocznie każdy tęskni tak jak potrafi. Jedni wzdychają i piszą wiersze, a inni sikają.

Kot dostał receptę na lek antydepresyjny, przy czym w domu okazało się, że dokładnie taki sam, jaki lekarz przepisał wcześniej Weronice. Różnica tylko w tym, że kot ma brać pół tabletki dziennie, a Weronika półtorej. Siedzą więc rano przy stole, ona w depresji, a on utęskniony, ona wyciąga dwie tabletki i jedną dzieli się z kotem. Potem wraca do swojego pokoju, by obserwować sufit, a kot na parapet, by patrzeć na ptaki i mieć niejasne marzenie, że byłoby pięknie, gdyby jeden z nich dał się na wiosnę złapać, gdy będzie już po tęsknocie.

Powiem ci coś

Przychodzę dziś do pracy, a tam sekretarka rozmawia z asystentką prezesa.
- Co dostałaś od męża pod choinkę?
- Dildo.
- Żartujesz?
- Nie żartuję! Prosiłam go o Dido, płytę Dido, ale ten idiota źle mnie zrozumiał.

Noworoczne postanowienie z tęsknotą w tle

Wydawało mi się, że jest wyższa ode mnie o pół głowy, bo początkowo wszystko było za wysoko, do jej ust musiałem się wspinać na palce, a gdy podciągnęła sukienkę okazało się, że  nic z naszych ciał do siebie nie pasuje. Zupełnie jakbyśmy pochodzili z dwóch różnych produkcji – ja przypominałem zdezolowany model pickupa, a ona najnowszy kabriolet z rozsuwanym dachem. Polubiła, gdy rozsuwałem go jednym przyciskiem, mieliśmy wtedy niebo nad sobą i gwiazdy, które patrzyły na nas z odwiecznym dystansem.

Dopiero potem, gdy pozbyła się niecierpliwości, butów i pośpiechu, stanęliśmy odwróceni do siebie plecami, trochę jak do pojedynku, a trochę jak dzieci, które w szkole porównują się wzrostem i poczułem jej łopatki na wysokości moich łopatek, a gdy odwróciliśmy się przodem, nasze wargi znalazły się dokładnie na tej samej wysokości, podobnie jak piersi, biodra i uda, które stały się dopasowane i od razu na nowo spragnione.

- Jestem malutka – powiedziała wtedy i zobaczyłem, że to przecież prawda, bo wszystko w niej było malutkie, drobne i kruche, a tylko oczy miała tak duże, że mieścił się w nich cały świat, na który patrzyła.

Malutka chce, żebym opowiedział jej o tęsknocie. Wie, że potrafię tęsknić tragicznie, rozdzierająco i szalenie. Pięknie, wyczerpująco, do ostatniego tchu. Potrafię tęsknić tak, że przy mnie wesołe się wydają wierzby płaczące. Gdyby można się utrzymywać z samych uczuć, to żyłbym jak rentier z procentów od tęsknoty.

- Och, opowiedz mi więc o tęsknocie – powtarza nad ranem. Nie może znaleźć swoich skarpetek, więc grzebie w mojej szafie, wyciąga szufladę, a z niej co i rusz kolejne skarpetki nie do pary i narzeka, że mam nieporządek.

Tak jakby to była moja wina, że skarpetki często chodzą swoimi drogami, czasami się kłócą zupełnie jak ludzie i bywa, że się ze sobą rozwodzą. Wśród par dochodzi także do zdrad pospolitych i zwykłych porzuceń, a wtedy skarpetka z jednej pary łączy się ze skarpetką z pary zupełnie odmiennej, swoją poprzednią towarzyszkę pozostawiając w samotności.

W mojej szufladzie pełno jest flirtów i romansów, a nawet zdrad i cudzołóstwa, wszystko to dzieje się wtedy, kiedy nie patrzę, a gdy zaglądam tam nad ranem, to widzę już tylko ogrom par rozbitych, wiele skarpetek porzuconych, odtrąconych i przez te drugie niechcianych. Bywam świadkiem skutków rozpusty, a nawet gorszących wynaturzeń, gdy na przykład podkolanówka do garnituru splata się w kłębku ze sportową stopką.

Życie w mojej szufladzie jest grzeszne i rozwiązłe, a przez to pełne tęsknoty, bo trudno nie tęsknić za kimś, z kim było się sparowanym na wieczne przeznaczenie, czyli do pierwszej dziury na pięcie. No i tak ułożyła się opowieść o tęsknocie, którą dziś opowiadam Malutkiej, a ona patrzy na mnie z lekkim rozczarowaniem, bo życie sekretne szuflady nie wydaje się jej romantyczne, nawet jeśli jej czeluści pełne są domniemanych uniesień.

Zdaniem Malutkiej, w opowiadaniu o tęsknocie zabrakło słów wielkich jak fontanna przy Hali Stulecia, domaga się więc ich ode mnie w jakimś noworocznym postanowieniu, bo wszyscy wokół zapewniają, że już od jutra wiele się w ich życiu zmieni, obowiązkowo na lepsze, dzięki osobistemu poświęceniu, niezłomnej woli oraz rozsądniejszemu rozkładowi czasu.

Patrzę Malutkiej głęboko w oczy i wiem, że nie mogę jej nic z doniosłych zjawisk obiecać, ale skoro opowiedziałem już o tęsknocie, to może z okazji Nowego Roku podejmę postanowienie, że posprzątam w szufladzie ze skarpetkami, a zwłaszcza podobieram je w pary. Czego także i Wam życzę, to znaczy, nie grzebania w szufladach, lecz tego, że ktoś podobiera Was w pary.

 

—————————————-
Tu kliknij i zobacz mnie na facebooku