Statystyki

  • Wszystkich wizyt: 803257
  • Dzisiaj wizyt: 58
  • Wszystkich komentarzy: 7547

Moja książka

pozadanie_okladka-1

Dziewczyna zwana Fatamorganą

Wieczór pełen jest czytelnych znaków –błękitny parasol dziewczyny nie przeciąga leniwie ramion na balkonie, lecz czeka przewieszony na krześle, gotów w każdej chwili do wspólnej z nią ucieczki, podobnie jak szal, torebka i rękawiczki. Na domiar złego, nie zdjęła nawet butów, nie ma więc mowy o ciepłym ocieraniu się stopami pod stołem, co – jak wiadomo – kończy się zazwyczaj wspólną wędrówką stóp do łóżka, gdzie zawsze im najlepiej. Buty odgradzają, stoją na przeszkodzie, a wraz z nimi zapora z płaszcza, który leży między nami, złowróżbnie wyszczerzając gotowe do zapięcia guziki.
Patrzę na nią i mówię pełen pretensji: jeśli masz zniknąć, to zniknij fatamorgano, mam za sobą kolejny nie do zniesienia ciężki dzień bez ciebie, od rana nie było cię na poduszce obok, ani pod kołdrą, nie ukryłaś się pod prześcieradłem, ani też pod łóżkiem, nie znalazłem cię w łazience, w pokoju i kuchni, a szukałem wszędzie, bardzo dokładnie, po dwa razy, sprawdziłem nawet na dnie filiżanek, i wytrzepałem torebki po cukierkach, może tam pozostawiłaś po sobie coś słodkiego.
Nie jestem fatamorganą, odpowiada, tylko zwykłą dziewczyną, patrz, to moja dłoń, możesz ją dotknąć. Dotykam, i rzeczywiście dziewczyna nie znika, jej ciepła dłoń zamyka się na mojej i wszystkie czytelne znaki wieczoru stają się nieważne, płaszcz dziewczyny przestaje szczerzyć guziki, a błękitny parasol zamyka się w sobie jak dzień, który zasypia na noc.
Jest pięknie, gdy wyjmuję z dłoni dziewczyny kieliszek po winie i rozpinam pierwszy guzik bluzki, a ona zsuwa buty, bo już nigdzie się nie wybierają.

O tęsknocie

Tylko wychodzisz, a ja już czuję tęsknotę. Powinna pójść za tobą, nic mi tu po niej, wychodzę więc z nią na klatkę schodową, podstępnie w ślad za tobą, po czym szybko cofam się do mieszkania i zatrzaskuję drzwi. Ale podstęp się nie udaje, tęsknota nie zostaje zatrzaśnięta po tamtej stronie, nie szura bezradnie butami na wycieraczce, w drzwi nie drapie jak wyrzucony z domu pies. Znów jest ze mną, po wewnętrznej stronie drzwi i mojej skóry.
Próbuję od niej uciec, ale dopada mnie na każdym kroku. Tęsknię za tobą wszędzie – na kanapie, w łóżku, przy stole, na krześle, w wannie, a nawet pod stołem. W całym domu nie ma takiego miejsca, w którym bym za tobą nie tęsknił.

Wyrzut sumienia w sklepie warzywnym

W sklepie warzywnym starsza pani wybiera jabłka. Powoli, starannie, każdemu się przyglądając z uwagą. Wzięła cztery, po chwili, z wahaniem, jedno odkłada z powrotem. Prosi jeszcze o szczypiorek, płaci trzy dwadzieścia i wychodzi, kłaniając się uprzejmie.
- To poetka – mówi sprzedawczyni do następnej klientki. W jej głosie brzmi duma, bo nie w każdym sklepie warzywnym kupują poeci.
- Poetka? – dziwi się klientka. – Nawet nie wiedziałam, że poeci jeszcze istnieją.
- No, a Szymborska?
- Już nie żyje.
- A ten ksiądz, jakże mu tam? Tischner? – sprzedawczyni nie daje za wygraną.
- Też nie żyje.
Zapada chwila kłopotliwego milczenia.
- No ale ta jeszcze żyje – wraca do tematu sprzedawczyni.
- Może to ostatnia.
Znowu milczenie.
Po czym sprzedawczyni:
- A ja ten szczypior taki zwiędnięty podałam.

KRÓTKA HEREZJA O MIŁOŚCI

Dawno, dawno temu, jeszcze przed wynalezieniem człowieka, anioły mogły obcować ze sobą cieleśnie. Dotykały się ustami, by tchnąć w siebie oddech, a wraz z nim swoją moc, bogactwo jawy oraz proroctwo snów. Komunikowały w ten sposób, wymieniały się marzeniami, zaspakajały pragnienia.
Potem pan Bóg wymyślił człowieka. Na samym początku człowiek żył z aniołami i od nich nauczył się wszystkiego, łącznie z oddechem, który zawierał myśli, obrazy, muzykę, poezję.
Tak powstała radość. Ale była zbyt silna – mocniejsza od pana Boga, który poczuł zazdrość. Postanowił stworzyć coś potężniejszego i do głowy przyszedł mu smutek. Rozdzielił ludzi od aniołów.
Do dziś człowiek usiłuje je sobie przypomnieć i wiecznie tęskni. Gdy znajdzie kogoś, kogo pokocha, dotyka go ustami, tak jak to było w zwyczaju u aniołów. I czuje człowiek z tego powodu przyjemność, chociaż sam nie wie dlaczego.
I to się nazywa miłość.

„Dom tęsknot” – już w księgarniach

10670079_763496920355687_4869871199435400548_n

Przypowieść o fantazji seksualnej

 

Opowiem wam dziś historię totalnie nieromantyczną.

(Rozwiniętą znajdziecie w zbiorze opowiadań, który powinien się ukazać w następnym roku).

Poznałem dziewczynę, niby normalna sprawa, ale jednak za każdym razem na swój sposób wyjątkowa. Tydzień, dwa tak sobie gadamy o wszystkim, a w końcu powstaje między nami ten charakterystyczny rodzaj napięcia, który nieuchronnie musi doprowadzić do wyładowań niekoniecznie elektrycznych. Pytam ją zatem, czy ma jakaś niezrealizowaną fantazję, a ona odpowiada, że chciałaby być pieszczona, mając związane ręce i zasłonięte oczy. Ewentualnie w pokoju tak ciemnym, żeby nie było nic widać.

Niemal każda dziewczyna, którą do tej pory pytałem o niezrealizowaną fantazję, też chciała być związana, zdumiewające, że każda ma taki brak seksualny, zupełnie jakby ich dotychczasowym facetom nie chciało się kupić sznurka. Ale ja chcę być lepszy, więc jadę do Castoramy zainwestować w seks mojego życia. Mogłem pojechać do Praktikera, mam nawet bliżej, ale Praktiker nie wydawał mi się tak podniecający. A ja mam już ochotę jak diabli, tym bardziej, że też jeszcze nie kochałem się w ten sposób, prawdopodobnie dlatego, że sznurek zawsze wydawał mi się krępujący.

Oglądam te wszystkie motki, ale większość to jakieś szpagaty, przykładam je do przegubów dłoni i stwierdzam, że cienki sznurek może być niebezpieczny, zwłaszcza jak już dziewczyna będzie dochodzić. Sporo jest linek plastikowych, ale wydają mi się za szorstkie. Są też gładkie, do wieszania prania, ale jakieś takie nie seksowne w dotyku. W końcu znajduję odpowiednią linkę, ale niestety nie da się kupić kawałka, więc biorę cały zwój – 25 metrów, i wiozę do domu, zupełnie jakbym miał zamiar zrobić z dziewczyny zawijaną roladę.

Odcinam cztery kawałki, przywiązuję do poprzeczek łóżka, opuszczam rolety, wykręcam żarówki z nocnych lampek, żeby jasność nie wiodła nas na pokuszenie i czekam, ćwicząc najmocniejszy węzeł żeglarski.

No i przyjeżdża. Najpierw ładnie się całujemy, długo i namiętnie, uwielbiam całowanie jako element gry wstępnej, po kwadransie usta mamy już tak gorące i suche, że grożą pożarem, więc biorę dziewczynę za rękę i nareszcie biegniemy do sypialni. Po drodze zrzucam z siebie ubranie, zostaję jednak w bokserkach, żeby nie eksponować zanadto reakcji organizmu. W sypialni ciemność absolutna, ale udaje nam się dotrzeć do łóżka bez przewracania krzeseł.

Po chwili ona już leży i czuję jak dygocze z podniecenia, tym bardziej więc trzęsą mi się ręce, gdy do przegubów rąk oraz kostek jej nóg przywiązuję sznurek. Wszystko jest tak, jak sobie zaplanowaliśmy, więc zrzucam bokserki i kładę niecierpliwe dłonie na udach dziewczyny.

I… ja pierdolę! Dopiero teraz zdaję sobie sprawę z tego, że nie zdążyła się rozebrać. Rozpaczliwie rozpinam jej spodnie, ale to przecież bez sensu, bo ich z niej nie ściągnę, skoro jedna noga przywiązana do jednej poręczy, a druga do drugiej. Po chwili zauważam, że z podobnej przyczyny nie zdejmę także biustonosza. Porażka.

Sięgam do węzła i próbuję go rozplątać, no trudno, za chwilę zawiążę z powrotem, ale to dobry węzeł żeglarski, po ciemku nie dam mu rady. Zastanawiam się gorączkowo, gdzie schowałem żarówki. W szafce nocnej? Wychylam się z łóżka i otwieram szufladę. Szlag! Zbyt nerwowo, szuflada leci na podłogę, coś się rozsypuje. Wstaję i słyszę jakieś chrupnięcie, czując równocześnie potworny ból. Rozdeptałem tę cholerną żarówkę! Podskakując na jednej nodze docieram do przedpokoju, zapalam światło i aż słabo mi się robi. Kawałki cienkiego jak żyletka szkła wystają ze stopy, krew się leje, robi mi się słabo, na pewno umieram, jak każdy facet na wojnie ciężko ranny w stopę. Kuśtykam do łazienki i szukam pęsety, żeby te cholerne kawałki szkła wyciągnąć, ale niby dlaczego w taki pechowy wieczór mam sobie przypomnieć, gdzie schowałem pęsetę.

Opadam więc na sedes i czuję, że zaraz niebohatersko się rozpłaczę – tam w pokoju leży dziewczyna piękna jak marzenie i gotowa na wszelkie pieszczoty, a ja tu siedzę na kiblu z poharataną stopą…

No ale przynajmniej w końcu wiem, dlaczego tak mało mężczyzn ulega kobiecej fantazji ze sznurkiem.

 

 

 

 

 

 

o czym myślę

 

Siedzieliśmy obok siebie i wymienialiśmy gesty, spojrzenia oraz słowa, i wszystko było na bezpieczną odległość lekkiego niedomówienia. Na chwilę oboje zamilkliśmy, a wtedy zapytała mnie, o czym myślę. To nie była dobra chwila, żeby powiedzieć jej prawdę, bo znaliśmy się zaledwie od kilku godzin, więc powinienem coś nakłamać romantycznie. Miała jednak na sobie sukienkę z dekoltem, który uniemożliwiał mówienie nieprawdy. Jej usta też uniemożliwiały mówienie nieprawdy. Podobnie jak oczy, ramiona, łydki, szyja, zarys łopatek, dwa spiskujące przeciwko prawdzie obojczyki, a także stopy. Obiektywnie rzecz ujmując, każdy centymetr jej ciała uniemożliwiał mówienie nieprawdy. A do tego uśmiechnęła się tak, że żadne kłamstwo nie przeszłoby mi przez gardło, chociaż trochę się nawet starałem. Wszystkie nieprawdziwe słowa pęczniały mi w ustach i nie mogłem ich ani przełknąć, ani wypowiedzieć. Jeszcze chwila i pękłbym jak balon. Nie miałem zatem wyboru i powiedziałem jej prawdę pełną gorących słów, od których spierzchły mi usta, a potem spierzchły i jej, na drugi dzień całe były popękane od wycałowania.

Taka niepotrzebna sytuacja

Całuj mnie mocno, szepcze, całuj po szyi, za uchem, po karku i plecach, całuj tak jak lubię, żebym czuła twoje wargi i język. Pochylam się nad jej uchem i pytam czy mnie kocha, a ona potrząsa głową niezadowolona i macha ręką, jakby odganiała natrętną muchę. Chyba zwariowałeś, syczy, gdybym cię kochała, w życiu bym nie poszła z tobą do łóżka. Początkowo myślę, że żartuje, uśmiecham się, ale niepewnie, i wiem, że mam wyraz twarzy głupka, który przechodzi przez ulicę na czerwonym świetle, zaraz pewnie potrąci mnie rozpędzony samochód. I rzeczywiście, widzę zbliżające się ślepia reflektorów, chyba nie zdążę już uciec, błyszczą jej oczy, nagle rozeźlone i gniewne. Słuchaj, cedzi powoli złe słowa, słuchaj romantyczny idioto, umawiałam się z tobą na seks, a nie na miłość, bo chcę cielesnych uciech, a nie duchowych boleści, dlatego rżnij mnie po prostu i nie mów mi ani słowa o jakiejś pieprzonej miłości.

Przypadek z wyrafinowaną kochanką

Kiedyś wydawała mi się zbyt piękna, bym miał odwagę do niej podejść. Po raz pierwszy spotkałem Kasię na studiach, zdała na pierwszy rok filozofii, a ja kończyłem czwarty. W czasie przerw otaczał ją zwarty krąg wielbicieli, na wyścigi częstowali papierosami, byłem w tej dyscyplinie bez szans, bo nie paliłem. Zgrabna, wysoka i rudowłosa ogniście, z dala zapalały się do niej męskie serca, nie bez znaczenia miał przy tym fakt, że nosiła spódniczki tak krótkie, że bez trudu dostrzegaliśmy koronki majtek. Zielonooka jak wiosna, nieco blada, ale o policzkach zawsze zarumienionych, jakby ze wstydu przed naszymi myślami. Te kłębiły się niesfornie niczym jej loki, które dotykając wystających obojczyków budziły w nas coraz odważniejsze marzenia.
Marzyłem o niej śmiało, bez zahamowań, czasami wręcz bezczelnie, w ogóle nie pytając o zgodę, bo wierzyłem, że marzenia należą do świata, w którym o zgodę nie trzeba pytać. Marzyłem o niej perfekcyjnie i totalnie, w marzeniach miałem opanowany każdy centymetr jej ciała i każdą zmianę w tonie jej głosu, wypowiadała nim zdania, od których odbierało mi najpierw mowę, potem rozum, a na końcu oddech i wtedy dusząc się zrozumiałem, że z marzeniami trzeba obchodzić się ostrożnie, bo mogą niekiedy zabić.
Tylko marzeń nie trzeba się uczyć, człowiek umie marzyć od urodzenia, chociaż tych pierwszych marzeń już nie pamięta. W marzeniach każdy z nas jest doskonały, każdy potrafi wymarzyć sobie najpiękniejszą przyszłość, a gdy ona już się zdarzy i wcale nie tak piękna, wówczas niektórzy potrafią wymarzyć sobie równie wspaniałą przeszłość i odtąd żyją wspomnieniami zjawisk i rzeczy, które się nie zdarzyły.
Nigdy nie zamieniłem z nią słowa, spojrzenia ani wspólnej myśli; fakt, że o niej rozmyślałem, nie miał najmniejszego znaczenia – takie dziewczyny jak ona są w marzeniach wszystkich mężczyzn, a udaje się jednemu na tysiąc, ja byłem w kolejce dwutysięczny pierwszy. Teoretycznie bez szans, ale jakże przyjemnie potrafi niekiedy teorię zaskoczyć praktyka.
Spotkałem ją po latach i nasze szanse były już wyrównane. Czas jest seksistowskim szowinistą, bezwzględnie opowiadającym się po stronie mężczyzn – pierwsza zmarszczka u kobiety to powód do pierwszej próby samobójczej, a taka sama zmarszczka u mężczyzny to szlachetny dowód na to, że być może nad czymś się zamyślił.
Nadal była piękna, ale tym smutnym pięknem kobiet czterdziestoletnich, w którym nadzieję zbyt szybko zastępuje rezygnacja. Włosy, przedtem zawsze rozpuszczone, by iskrzyło słońce i igrał w nich wiatr, splecione miała w kok tak ciasny, że nie pozwalał uciec nawet najbardziej niesfornym kosmykom. Oczy, niegdyś koloru chabrów lub nawet szafirów, nabrały barwy błękitu turkusowego, tak jakby ich wcześniejszy mocny pigment został przez lata rozcieńczony. Kolor oczu można wypłakać, wiedziałem to po mojej matce, która po śmierci ojca stała się jasnooka zaledwie w miesiąc.
Umówiliśmy się na butelkę czerwonego wina, Kasia przyszła pięć minut przed czasem, tak jakby chciała uprzedzić własne wątpliwości, zdążyć przed nimi, być wcześniej nim się rozmyśli. Miała na sobie obcisłą czerwoną sukienkę z dekoltem odsłaniającym piersi tak ciężkie, że nie potrafiłem unieść ich wyobraźnią. Wypiliśmy zaledwie pół butelki wina, gdy pozwoliła, bym niedołężnej wyobraźni pomógł dłońmi.
Lubię seks z młodymi dziewczynami. Ich jędrne ciała, twarde piersi i szybko wilgotniejące uda. Ich zapach – jakże różny od zapachu dojrzałych kobiet – ostry, a u brunetek wręcz dojmujący, niczym u dzikich zwierzątek. Jednak różnica między seksem z trzydziestoparoletnią kobietą a dwudziestolatką bywa taka jak między przyjęciem u Ritza a wizytą wiosną w wegetariańskim barze. Tam nowalijki rozczulą cię świeżością, uwiodą przedsmakiem smaku jeszcze niedojrzałego, ale wyjdziesz zaspokojony tylko na chwilę i głód szybko wróci. U Ritza smakować będziesz powoli, na przemian rozkoszując się niezwykłością dań wykwintnych oraz wyrafinowaniem delicji pierwotnie najprostszych. Zdumiony różnorodnością podziwiać też będziesz sposób ich podania, a gdy odejdziesz od stołu, ogarnie cię pełna miękkiej sytości senność.
Zasnęliśmy zatem tuż przed świtem, pośród nieładu ubrań, ciał i myśli.
(……)
Od szorstkiego prześcieradła z frotte miała otarte kolana, więc nazajutrz nie zdziwiłem się, gdy poprosiła, żebym na wieczór przygotował bandaż.
Cały dzień myślałem o niej i o tych latach, które minęły między nami osobno, i o tej nocy razem spędzonej jak sen z oczu, i o tych nocach, które jeszcze nadejdą. Dopiero przed drzwiami, trzymając w jednej ręce butelkę wina, a w drugiej siedem równie burgundowych róż, przypomniałem sobie o bandażu. Zbiegłem na dół, wpadłem do apteki i poprosiłem o jakiś zestaw opatrunkowy, możliwie najdelikatniejszy.
- Przyniosłem ci opatrunki – powiedziałem z dumą.
- A na cholerę mi opatrunki? – zdziwiła się nieoczekiwanie.
- Przecież chciałaś…
- Żartujesz? – zapytała z niedowierzaniem. – Żartujesz, prawda?
- Mówiłaś, żebym ci przygotował bandaż…
- Czy ja mam akcent aż tak niewyraźny? Miałam ochotę na bondage, taki seks z dłońmi przywiązanymi wzdłuż ciała!
Stała ubrana w czerwone szpilki i koronkowe majteczki – nigdy nie zapomnę jej zdumienia, gdy otwierając przyniesiony przeze mnie pakuneczek wyciągała kolejno gazę wyjałowioną, trójkątną chustę opatrunkową oraz ten nieszczęsny bandaż.

Co ma miłość do pszczelego jadu

Moja matka mówiła, że wszystko ma swój kalendarz, nawet ból. Jak cię w południe użądli osa, a nie masz na nią uczulenia, to wprawdzie do wieczora użądlone miejsce swędzi, ale następnego dnia budzisz się o osie już nie pamiętając. Dopiero koło południa znów zaczynasz czuć pieczenie, a ranka, o której już zapomniałeś, ponownie robi się czerwona, jakby odrobina jadu tam pozostawiona budziła się równo po 24 godzinach.
Co roku o tej samej porze czuję ogarniającą mnie tęsknotę i żal, tak jakby z miłością było podobnie jak z użądleniem osy i ból mógłby wracać po zawsze takim samym okresie spokoju.
Dziadek był pszczelarzem, pamiętam jak chłopców z sąsiedztwa uczył zakładać ule. Kazał im wyciągać dłonie do użądleń wtedy, kiedy młode pszczoły latały pojedynczo, bo jedno użądlenie tygodniowej pszczoły zazwyczaj nikomu nie szkodzi. Po paru tygodniach użądleni parokrotnie chłopcy byli na jad pszczeli już uodpornieni i bez obaw chodzili między ulami.
Nie wiem, może tak samo jest z miłością, może trzeba się zakochać po wielokroć, aby w końcu uodpornić się na tęsknotę, może czas wyciągnąć dłoń w kierunku młodej pszczoły.