Miłość i ogólna teoria bałaganu

Otwieram drzwi pokoju i patrzę na rzeczy, które po sobie zostawiła. Szczotka do włosów, kilka frotek, jedwabna koszulka z oberwanym ramiączkiem. To nie ja byłem tym mężczyzną, który je oberwał. Przypomina mi się powiedzenie, że los jest ślepy. Nigdy nie sądziłem, że to mogłoby działać na moją korzyść. Ale dzisiaj tak myślę i proszę: losie, który jesteś ślepy, nie otwieraj oczu mojej następnej dziewczynie, niech będzie na mnie ślepa jak ty, ślepy losie, gdy się z nią kiedyś spotkam.

    Z łazienki zabrała wszystkie swoje rzeczy, zniknęły tuziny słoiczków i tubek z kremami do czarowania czasu i buteleczki z płynami do mącenia w głowach mężczyzn.  Smutno wygląda łazienka bez śladów obecności kobiety.

    W całym domu było jej pełno. Nic mnie w niej nie złościło, nie nudziło, nic mi w niej nie przeszkadzało. Rozczulała mnie jej porozrzucana garderoba, stanik dwa dni temu zostawiony na klamce, zabłocone buty na środku przedpokoju, zapomniany pod łóżkiem kubek po herbacie. Rozczulała mnie, gdy używała mojej maszynki do golenia, szczoteczki do zębów, szalika. Chodziła w moich koszulach, które odnajdowałem potem na dnie szafy, poplamione winem, jogurtem lub sosem. Boże, jakie to było rozczulające.

    Jest wiele sposobów na to, aby poznać, czy mężczyzna naprawdę kocha. Sposób podejścia do domowego rozgardiaszu jest jednym z najprostszych wskaźników miłości. Postrzeganie codziennego bajzlu jako uroczego nieporządku oznacza całkowite zauroczenie i miłość ślepą. Jeśli mężczyzna zaczyna mówić, że widzi pobojowisko, kram lub stajnię Augiasza, to też jest jeszcze na etapie dobrotliwego droczenia się. Nieład zaczyna brzmieć groźnie, to pierwsza oznaka buntu, niezgody, początku znudzenia. Bałagan to już równia pochyła, mężczyzna, który narzeka w domu na bałagan, powoli przestaje kochać, za chwilę powie, że nie może żyć w tym bajzlu, a to będzie oznaczało, że prawdopodobnie ma kochankę, do której odejdzie wkrótce po tym, jak zacznie marudzić na wszędzie panujący burdel. Zostawiam ten chlew, powie w końcu i sobie pójdzie, chociaż ten chlew wygląda dokładnie tak samo jak wyglądał uroczy nieporządek, może jedynie rozmiar 36 zmienił się na 40.

   Wieczorem wychodzę z psem i patrzę na niebo, gdy jest taki wiatr jak dziś, to zazwyczaj spadają gwiazdy, wtedy wymyślam sobie różne życzenia, wczoraj miałem takie życzenie, że aż gwiazda, która spadała zatrzymała się w połowie, tak jakby ze zdumienia ją zatkało. Powiedziała "O pardon, monsieur"  i taka była zaskoczona, że przestała spadać, a po chwili  wróciła z powrotem i przykleiła się ponownie do nieba, ale dziś wezmę patyka i strącę skubaną, niech mi się spełni.

 


yours 2012-01-08 15:34:46
skomentuj (27)
Opowieść wigilijna o starych gazetach i głosach

Zrób w końcu coś z tymi bohomazami, gdera ciotka Róża, siedemdziesięcioletnia siostra mojej matki, wskazując sękatym paluchem na obrazy zostawione przez Agnieszkę; zrób też coś z tym domem, po co ci taki stary dom, nic, tylko kurz i wspomnienia, sprzedaj albo chociaż przemaluj.

Nie wiem, co przemalować – dom czy wspomnienia, może jedno i drugie zakleić tapetą. Na poddaszu jest taki maleńki pokoik, służbówka, przed wojną mieszkała tam guwernantka mojej matki, od dziesiątek lat nikt tam nie zaglądał, nie było powodu. Teraz musiałem, bo przed Świętami ciotka przyjechała z Niemiec w poszukiwaniu pamiątek po siostrze, wszedłem, rozglądam się ze zdziwieniem, przez tyle lat nic się tu nie zmieniło, tylko podłoga zaczęła skrzypieć, jakby dom wraz ze starymi ciotkami zapadł na reumatyzm. Ze ścian odkleiła się tapeta, klej z mąki dawno się już wykruszył, skręcone rolki leżą na podłodze, chowając wyblakłe arabeski. Przedwojenny tapeciarz, ówczesną praktyką, równał ściany kładąc podkład z rozłożonych gazet, zachowały się pod tapetami wyśmienicie i teraz dookoła widzę tytuły pisane niemieckim gotykiem, głównie „Schlesische Zeitung”, 1938, Breslau. Jest też „Das Reich”, już z lat czterdziestych, nazwa prosta i mocna jak cios; na wprost mnie tytuł czołówki: „Deutschland hat Zeit” i duże zdjęcie, czteroszpaltowe, na którym żołnierz Wehrmachtu wychyla się z okopu i spokojnie obserwuje mnie przez lornetkę, widać, że ma na to bardzo dużo czasu. Ale na sąsiedniej ścianie widzę już polskie gazety, gorzej wydane, niechlujnie łamane i prawie bez zdjęć, drukowane na gorszym papierze, z mniej czytelnym drukiem, chociaż o kilka lat nowsze.

Schodzę po schodach i zdumiony pytam ciotki, tante Rozi, jak to możliwe, że w pokoiku niani są pod tapetami polskie i niemieckie gazety?

Patrzy na mnie i potakuje twierdząco głową. Ja, ja, mówi, tak, masz rację, liebie Peter, w zeszłym roku o tej porze było już pełno śniegu. Pokazuję, żeby włączyła aparat słuchowy, ciotka od wielu lat źle słyszy, ale chyba jej to nie przeszkadza, bo zazwyczaj jest wyłączona. Na odbiór przechodzi głównie przed telewizorem. Powtarzam pytanie, ciotka chwilę się zastanawia, po czym tłumaczy, że tapety położono dopiero po wojnie, w piwnicy były niemieckie gazety dziadka, ale widocznie ich zabrakło i polski tapeciarz przyniósł z domu swoje. Przecież to proste, dodaje, patrząc na mnie z dezaprobatą taką jak zawsze, taką jak kilka dni temu, gdy zapytałem, dlaczego woli mnie nie słyszeć, i pewnie taką samą jak czterdzieści lat temu, kiedy po raz pierwszy zadałem jej jakieś głupie pytanie.

Jasne, to takie proste, że na jednej ścianie pokoju wiszą gazety z niemiecką wroną, zdjęciami pochodów zwycięskich wojsk III Rzeszy i pozdrawiającego je Hitlera, a na drugiej, zupełnie jak w jakiejś międzynarodowej czytelni, pierwsze wydania gazet polskich, wiwatujących nad upadkiem Niemiec. Jasne, mamy rok 2011, za chwilę 2012, i oczywiście w każdym domu jest jeszcze taki mały, do tej pory nikomu niepotrzebny pokoik, w którym pod tapetami czekają na czytelników ubiegłowieczne historie.

Niechby to jeszcze był wielki pokój jak na parterze, może to wszystko mogłoby się zmieścić - tam oraz w mojej wyobraźni. No, ale to taki malutki pokoik na poddaszu, dwa na dwa metry i małe okienko z widokiem na komin z czerwonej cegły, a nie salon z codzienną jadalnią i świątecznym stołowym, połączony szeroką amfiladą rozsuwanych drzwi, prowadzącą w poprzek całego domu, od werandy z wyjściem na ogród, aż do hollu wychodzącego na granitowy podjazd.

Ciotka ponownie wyłącza się z fonii, na znak, że audiencja skończona. Wracam po skrzypiących schodach, siadam na podłodze wśród poskręcanych tapet, i rozglądam się dookoła; czarne jak wrony tytuły kraczą o zwycięstwach na kolejnych frontach, za chwilę cały świat będzie kaputt, a dzielne chłopaki z Luftwaffe przywiozą na niemiecką choinkę gwiazdkę z najdalszego nieba. Na zdjęciach, w przypadkowej kolejności tapeciarza, układa się historia: kontrofensywa w Ardenach, atak na Pearl Harbor, kapitulacja Francji, sojusz z Włochami, zajęcie Grecji, zdobycie Warszawy, nalot na Londyn, inwazja na ZSRR; chaos dziejów jak w popsutym kinematografie. A po przeciwnej stronie pokoiku gazety tapeciarza, mimo wygranej wojny, mało radosne w tytułach: walka z szabrownikami, wizyta Bieruta, proces norymberski. Żadnej radości z wyzwolenia. Czterostronicowy „Pionier”, dziennik dolnośląski,

28 sierpnia 1945 roku, tytuł czołówki: „Polska zdobyła te ziemie na zawsze. Obrady I –go Zjazdu Przemysłowego Ziem Odzyskanych we Wrocławiu”. Obok „Pionier” z 2 grudnia „Niemcy dobrowolnie opuszczają Dolny Śląsk”.  Poniżej z 5 października: „Dość pobłażliwości dla kombinatorów i pasożytów. O właściwe wykorzystanie pracy Niemców”. Ciekawe, podchodzę do ściany i czytam: „Polka, po objęciu sklepu niemieckiego z artykułami piśmienniczymi pozostawia cały trud prowadzenia sklepu dawnej właścicielce – Niemce, po uprzednim kilkakrotnym podniesieniu cen na towary, sama zaś zjawia się raz na kilka dni, żeby odebrać kasę. Dentysta – Polak usuwa z gabinetu dentystycznego swego poprzednika Niemca i podwyższa ceny za zabiegi dziesięciokrotnie. Po paru dniach przyjmuje tegoż Niemca jako pracownika, płaci mu dziesiątą część pobieranych opłat, sam zabiera resztę i wcale pracą się nie przejmuje, przerzucając ją całkowicie na barki Niemca”.

Aż wierzyć mi się nie chce! Kilka miesięcy po wojnie polska gazeta broni Niemców?

Zupełnie jakbym o swoim dziadku czytał, Polacy zabrali mu folwark i stadninę pod Książem, ale za parę złotych pozwolili zawłaszczonych koni doglądać. Musiał tylko nosić opaskę na rękawie kurki, żeby inni z daleka widzieli, że Niemiec.

Obok gazeta z 6 września, rubryka „Odpowiedzi redakcji”: „Ob. M. Jędryczka z Lignicy pisze, że może niejeden obywatel zareagowałby na apel Polskiego Radia, oddając swój aparat dla dobra ogółu, zwłaszcza, jeżeli ma ich dwa. Tylko, że trudno byłoby go transportować do Wrocławia. Komunikujemy, iż P.R. posiada swój oddział w Lignicy i przyjmuje z wdzięcznością aparaty, nawet uszkodzone”.

Nie napisali redaktorzy, o jakie aparaty chodziło, ale domyślam się, że telefoniczne, a nie słuchowe; swoją drogą, tante Rozi swój aparat słuchowy z pewnością by oddała, zwłaszcza, że nie było wtedy telewizji.

O czym jeszcze do redakcji pisali? „Ob. L. Malkiewicz zapytuje, czy wszyscy Niemcy obowiązani są nosić opaski i z jakim napisem. Tak, wszyscy. Opaska musi mieć pieczęć firmy zatrudniającej. Ma to stanowić dowód rzeczowy, iż dany Niemiec pracuje, a tylko dla takich może być miejsce w Polsce.”

A nie mówiłem? Właśnie taką opaskę dziadek nosił. Miał swoją ziemię, swój majątek odziedziczony po pradziadkach, od wieków w rękach rodziny, a tu zwykły pomocnik murarza wywołuje wojnę (w każdym kraju w każdej chwili, także dziś, taki niedouczony idiota może wywołać wojnę), którą następnie przegrywa, a dziadek oddaje wszystko, jakby przerżnął w ruletkę, i tak dziękując Bogu, że nie w rosyjską.

Raz jeszcze spoglądam na zaklejone gazetami ściany i już mam wychodzić, gdy nagle ogarnia mnie lekki niepokój. Mam takie wrażenie jakby ktoś na mnie patrzył, obserwował, ale to przecież niemożliwe, w pokoju nikogo nie ma, a z okna widać tylko czerwony komin, nawet ptak na nim nie siedzi. Coś jest jednak nie tak, zupełnie jakbym szedł przez ciemny park i kątem oka widział wielkie cienie w krzakach. Czasami jest tak, że przechodzi człowiek koło wystawy, zerka i idzie dalej, a dopiero po paru krokach uświadamia sobie, że w szybie widział odbicie kogoś znajomego, odwraca się, a wówczas tamten też z tego samego powodu przystaje i spogląda do tyłu, zupełnie jakby obraz odbił się rykoszetem i trafił do świadomości z pewnym opóźnieniem. Właśnie tak się teraz czuję, jakbym zobaczył coś być może ważnego, a jednak to przeoczył, zaczynam się ponownie przyglądać gazetom i wiem, że za chwilę to zauważę, ale w tej chwili ktoś dzwoni do drzwi, niecierpliwie, raz za razem, jakby w domu kipiało mu mleko.

- Peter, chyba telefon dzwoni – krzyczy z dołu ciotka, najwyraźniej nadal wyłączona z fonii.

Zbiegam po schodach, skaczę po dwa stopnie, zastanawiając się, kto tak się niecierpliwi. Otwieram drzwi szeroko i widzę anioła. Lekko jest upadły, oczy przekrwione z przepicia, nos czerwony, twarz zmięta, skrzydła za to jak nowe, z prawdziwych piór. Płeć trudna do określenia, jak to u anioła.

- Opłatek świąteczny przynoszę!

- Nie, dziękuję, mam już.

- To może skrzydła anioła dla córeczki? Mam jeszcze ostatnią parę, po trzydzieści, a w Tesco są po pięćdziesiąt.

- Nie mam córeczki.

- To może dla żony. Zrobi się z niej anioł, jak tylko kupi pan skrzydła, od czegoś kobieta musi zacząć. Pan da jej szansę!

Z wnętrza domu nadchodzi ciotka.

- O, kolędnik przyszedł! – cieszy się i klaszcze jak dziecko. – Proszę, pan śpiewa, a siostrzeniec przyniesie panu dwadzieścia złotych.

- Kolędnik? Jaki kolędnik? Dwadzieścia? – nie mogę uwierzyć.

- „My ze spalonych wsi, my z głodujących miast, za głód, za krew, za lata łez, już zemsty nadszedł czas!” – pospiesznie intonuje anioł.

Idę po pieniądze, a gdy wracam, anioł po raz kolejny zaczyna pierwszą zwrotkę, widocznie dalszych nie pamięta. Ciotka przejmuje banknot, wręcza mu i macha na pożegnanie ręką.

- Ładnie śpiewał, zupełnie jak mój świętej pamięci małżonek, też miał taki aksamitny baryton – wzdycha ciotka, zamykając drzwi.

- Chyba sznapsbaryton…

- Hę?

- Sznapsbaryton! Z przepicia!

- Sznapsik mały do picia? A nie za wcześnie? No dobrze, ale tylko jeden, bo mi ostatnio mocno uderza do głowy.

- Ciocia włączy swój aparat! Przecież w ogóle mnie nie słyszy!

- Słyszę, słyszę – mówi z godnością, naciskając mały przycisk za uchem. – Ładnie śpiewał, prawda?

- Nie, ciociu. Fatalnie wył. Poza tym to nie była kolęda.

- Co ty powiesz?

- Dlaczego ciocia wyłącza ciągle ten aparat słuchowy? W ogóle ciocia nie słyszy, co się do niej mówi.

- Tak jest mi lepiej – mówi.

Dokładnie tak samo było z moją matką. Słuch zaczął się jej psuć wiele lat temu, powoli, niemalże niezauważalnie. Początkowo nie słyszała końcówek wyrazów, ale je sobie dopowiadała, potem umykały jej fragmenty zdań, najpierw małe, z czasem coraz większe, starała się je zgadywać, aż w końcu głosy ludzi przycichły tak, że treści  rozmów jedynie się domyślała, pytana o coś najczęściej odpowiadała zupełnie nie na temat. Nauczyła się nas w prosty sposób oszukiwać. Zapytana o cokolwiek przy obiedzie odpowiadała „bardzo dobre, bardzo dobrze, sehr gut”, i ta odpowiedź zawsze była trafna, bez względu na to, czy pytał ją ktoś o smak dania, albo o samopoczucie, albo też o to, czy po obiedzie wybiera się do kościoła. Na inne tematy odpowiadała niezmordowanie: „tak, tak, ja, ja, naturlich”, a jak była zmęczona lub przejedzona, to kwitowała wszystko krótkim „nein, danke”. Podejrzewaliśmy ją o niedosłuch, ale kryła się z tym tak dobrze, z taką uwagą śledziła wszystkie rozmowy, potakując głową lub wydając – zazwyczaj trafne – jęki dezaprobaty, że dopiero przez przypadek zorientowaliśmy się, że ona prawie w ogóle nie słyszy. Pewnego wieczoru siedziała przed telewizorem i oglądała swój ulubiony serial. Do pokoju wbiegł pies i kładąc się na kanapie nacisnął wyłącznik dźwięku na leżącym obok pilocie. Matka nie zauważyła. Nadal z uwagą wpatrywała się w ekran, śledząc w skupieniu losy bohaterów. Nazajutrz ojciec pojechał z nią do laryngologa. Wrócili z nowoczesnym aparatem słuchowym, na który wydał prawie całą emeryturę.

Przez kilka dni matka bardzo uważnie słuchała. Nas, spotykanych w kolejkach ludzi, bohaterów telewizyjnych seriali. W końcu powiedziała tak: wiecie, jak nie słyszałam, to wszystko było ciekawsze, chciałam się domyślać, co ludzie mówią i domyślałam się zazwyczaj rzeczy dobrych, mądrych i szlachetnych, bo takimi was wszystkich widziałam. Patrzyłam na was, wsłuchiwałam się w was i słyszałam to, co chyba chciałam słyszeć, a teraz słyszę coś zupełnie innego. Oglądałam moje ulubione seriale i w wyobraźni pisałam piękne dialogi o miłości, a teraz słyszę wszystko i jestem bardzo rozczarowana. Powiem wam jedno: miałam o ludziach lepsze zdanie wtedy, gdy ich nie słyszałam. Westchnęła, wyłączyła aparat i wróciła do głosów, które mówiły w niej przedtem.


yours 2011-12-06 12:21:32
skomentuj (20)
Opowiem ci o ogniu w kominku

Ostatnie ciepłe dni jesieni spędzam w ogrodzie, patrzę jak z drzew zlatują liście, nie są jeszcze pewne decyzji, wahają się, w końcu lecą, szeleszcząc w powietrzu. Magnolia i jabłoń opadły pierwsze, teraz kończą się żółcić czereśnie, a przy płocie, jakby ze wstydu, że wystawione do kąta, czerwienieją buki. Dęby jeszcze sypią na brązowo, ale już resztkami, za nimi modrzewie.

Wieczorami układam w kominku brzozowe polana, palą się najszybciej i są najwonniejsze; ich zapach słodko otula całą okolicę; dębinę i grab zostawiam na zimę, to drewno twarde, tli się spokojnie i powoli, nie to co młoda brzoza, frywolnie strzelająca iskrami. Drewno brzozy przypomina mi zapał nastolatki lub co najwyżej dwudziestoletniej dziewczyny; zajmuje się chętnie i płonie pospiesznie. Zanim świat wokół się rozgrzeje, zostaje z niej kupka szybko stygnącego popiołu. Jej ogień jest jasny, piękny i beztroski, ale od początku skazany na słomianą miłość. Dębina lub grab, w odróżnieniu od brzozy, to polana z drzew rosnących długo i powoli, dorosłe, niekiedy wręcz stare. Mocne, gęste i oporne. Ich słoje nawarstwiały się latami, są jak skóra na dłoniach spracowanego mężczyzny. Grab jest twardszy od dębu, nigdy go obok płonącej brzozy nie kładę, wydaje mi się, że jest jak pustelnik, który najlepiej się czuje w samotności.

Ewentualnie dąb mógłby być kochankiem brzozy, jak czterdziestoletni mężczyzna kochankiem dwudziestolatki. Lubię patrzeć, jak brzoza w oczekiwaniu na nadejście dębu rozpala się radośnie. Jak wdzięczy się wiotką smugą dymu i stroi się w czerwone klipsy płomyków. A wtedy powietrze zaczyna nad nią falować, zupełnie jakby tańczyła. Kiedy jest już gotowa i pali się tak, że zaraz serce w niej z żaru  pęknie, przynoszę polano dębu. Początkowo jest oziębły i na zaloty nieczuły. Ale brzoza płonie. Płonie tak, że nie sposób jej się oprzeć. Twardy dąb powoli, jeszcze nieufnie, skręca ku niej pierwszą drzazgę, a odprysk jego kory iskrzy w powietrzu. Brzoza jest już żagwią, gdy na dębowym polanie budzą się ogniki. Są jak  gorący dreszcz przed pożarem zmysłów. Dąb czuje wielkie gorąco brzozy, więc zapomina o tym, jaki jest twardy, mocny i oporny. Ale trwa to tak długo, że gdy dąb zaczyna wreszcie płonąć, brzoza jest już nim znużona. Dąb spopiela ją natychmiast, nawet nie spodziewała się, że jest tak gorący. Dąb, nagle opuszczony, traci swój dopiero rozbudzony ogień, ale nie gaśnie. Jego żar trwa w nim i cały czas jest taki sam, ani większy, ani mniejszy, tli się do końca, długo i gorąco - wciąż gotowy na powrót brzozy dąb jest jej wierny aż do ostatniej iskry, która się w nim dopali.

Trzeba wiedzieć, kiedy brzoza może się z dębem spotkać; od tej ostatniej, słabej już iskry brzozy dąb się nie rozpali, ale iskra dębu może rozpalić brzozę. Czasami żal mi tęsknie tlących się polan dębowych, wtedy dla ich radości przynoszę im brzozę. Patrzę, jak szybko obejmują się płomieniami, jak wokół nich powietrze jaśnieje, robi się jasno, radośnie i ciepło. Myślę wtedy, że wciąż jestem takim żarzącym się polanem dębu, ale boję się tego dnia, w którym zrozumiem, że od iskry, która mi zostanie, żadna brzoza już się ogniem nie zajmie.



yours 2011-11-07 18:27:24
skomentuj (36)
Cipka, czyli co mówi kobiecie mężczyzna dobrze wychowany

Dani jest moim przyjacielem z Izraela, przyleciał kilka dni temu, i gdy siedzimy teraz obok siebie wyglądamy jak starszy brat z młodszym, obaj mocno opaleni, ostrzyżeni na milimetr, szczupli i uśmiechnięci. On się uśmiecha do wszystkich, już taki jest, pełen sympatii do całego świata, a ja uśmiecham się do Eli, ślicznej blondynki, z którą przyjechał. Ela jest całkowicie koszerna, skonsumowałbym ją natychmiast, oblizując palce. Niestety, jest praktykującą mężatką, i raczej nie da się namówić do grzechu, zwłaszcza, że jej mąż jest wyższy ode mnie o głowę, młodszy i przystojniejszy. Dani widzi, że dziewczyna mi się podoba, więc złośliwie mnie podpuszcza pytając, co sądzę o Eli.

Ela zastyga z widelcem uniesionym w powietrzu, spogląda na mnie z ciekawością, a ja odpowiadam, że jest miła i sympatyczna, bo przecież nie powiem, że chętnie bym ją przeleciał. Dziewczyna lekko się czerwieni, zupełnie jakbym to jednak powiedział. Natomiast Dani wyraźnie jest niezadowolony, odstawia kieliszek z winem i pogardliwie prycha. No coś takiego, protestuje wzburzony, nigdy bym się po tobie tego nie spodziewał, kto jak kto, ale ty mówisz, że Ela jest miła?

Nie bardzo rozumiem powód jego uniesienia, więc próbuję ratować sytuację powtarzając, że oprócz tego jest niezwykle sympatyczna; znacząco akcentuję wyraz „niezwykle”, jakbym mógł mu przez to nadać nadprzyrodzone znaczenie. Ale Dani nadal jest niezadowolony, ba, wyraźnie mną rozczarowany i patrząc w niebieskie oczy swojej towarzyszki mówi: ja cię serdecznie za tego gbura przepraszam! Teraz i ja odstawiam kieliszek z winem, dwa niedopite kieliszki ze smutkiem patrzą na siebie, trudno, myślę, niech się smucą, ja chyba już jestem pijany.

 – Nie wolno tak mówić o kobiecie! – krzyczy na mnie Dani. – Nie wolno mówić o tak pięknej kobiecie, że jest miła i sympatyczna, co to w ogóle za zwyczaje!

Aha, nareszcie rozumiem, mogłem jednak powiedzieć, że Ela jest piękna. – Jesteś piękna, Elu! Miła i sympatyczna! – zdobywam się na odwagę, sięgając ponownie po swój kieliszek.

 – Ajajajajaj, co za toporny umysł – mruczy nadal niezadowolony Dani.  – Ty nie mów jej, że ona jest miła, jakby nie miała włosów na głowie! Ja się ciebie pytam, czy ona nie ma włosów na głowie?

- Ależ skąd! Ma śliczne włosy, aż chciałoby się dotknąć… -  wyznaję szczerze.

- To czemu jej mówisz, że jest miła, skoro chciałoby się jej dotknąć? I czemu mówisz, że jest sympatyczna, jakbyś chciał dać do zrozumienia, że ma krzywe nogi. Czy ona ma krzywe nogi, że ty mówisz o niej, że jest sympatyczna?

- No coś ty! Ma śliczne nogi, aż …

- No to dlaczego nie mówisz o niej, że jest „kusit”? Mów o niej, że jest „kusit”! Każdy w Izraelu mówi o niej „kusit”, a ty mówisz, że jest sympatyczna!

- W porządku, oczywiście – poprawiam się natychmiast – Ela jest jak najbardziej „kusit”! Ale co to znaczy?

- Słowo „kusit” oznacza potocznie narząd żeński – wyjaśnia uśmiechnięta Ela. – Na ładną lub zgrabną kobietę mężczyźni tak u nas mówią. To nie jest u nas obraźliwe. Jak kobieta przychodzi do biura, to jej koledzy mogą powiedzieć jej, że jest "kusit", a ona odbierze to jako komplement.

- Kusit? – nie mogę uwierzyć. – Narząd? Jaki narząd?

- No, wargi sromowe - wyjaśnia dobrotliwie Ela.

- Jak to wargi sromowe? Tak mówią na ładną kobietę? "Wargi sromowe"?

- No tak, ale ich potoczną nazwę... - wyjaśnia Ela lekko się czerwieniąc.

- No jaki ty beznadziejny jesteś! – nie wytrzymuje już Dani. – Przecież nikt nie powie na kobietę: "wargi sromowe" Jak by to brzmiało? Cipka! Mówi się "cipka". Ela jest cipka! Tak powinieneś po polsku powiedzieć, gdybyś był dobrze wychowany!

Cipka? W porządku, myślę sobie, niech no tylko następnym razem wpadnie mi w oko jakaś kobieta, to od razu powiem jej: "cipka", niech wie, że jestem dobrze wychowany.

 


yours 2011-10-19 15:45:19
skomentuj (25)
Dajmy się uwieść literaturze

Niekiedy jesteśmy jak pierwotni myśliwi, którzy przynoszą swoim kobietom upolowaną zwierzynę, by złożyć dar i sięgnąć po nagrodę. Mężczyźni to lud prymitywny, bardzo powoli ewoluujący. Jesteśmy też jak psy, jeśli każe się nam aportować, to czekamy potem na poklepanie po karku.

Myślałem, że staram się o dziewczynę pięknie. Wydawało mi się, że książki mnie usprawiedliwiają, tłumaczą, pozwalają na więcej niż innym.  Inni obdarowywali ją klejnotami, niektóre były podobne do kolorowych szkiełek z dzieciństwa, przysypywała je po brzegach piaskiem; pod spód wkładała płatki kwiatów i zaschnięte motyle; środek szkiełka przecierała palcem, potem zaglądała do środka jak przez wizjer do innego świata. Przynosili jej egzotyczne owoce i pachnącą czekoladę, satynowe apaszki i jedwabiste w smaku wino; byli dumni dumą kotów, kładących przed swoimi paniami ptaszki o przegryzionych gardłach lub zamęczone myszy. Z dalekich mórz przywozili muszle, w których zamknięte były głosy Syren, za każdym razem, gdy przykładała je do ucha, jeden głos ulatywał na wolność, ale w środku i tak wciąż jeszcze była ich nieskończoność. A ja przynosiłem dziewczynie książki.

Najpierw podarowałem jej cienki zbiór poezji ze złoconymi brzegami kartek, bardzo stary, jeszcze przedwojenny, były w nim psalmy oraz sonety. Pozwoliła mi wtedy dotknąć swoich włosów. Jej włosy wyglądały jak brzegi tych kartek – każdy był pozłocony. Nazajutrz otrzymała ode mnie japońskie haiku, na aksamitnej okładce namalowany był wachlarz; dotknąłem policzkiem jej policzka, poczułem aksamit. Kilka dni później przyniosłem liryczne erotyki, byłem przy tym tak nowoczesny, że pocałowałem dziewczynę prosto w usta, nasze wargi utworzyły czterowiersz. A, b, a,b, mój rym był pierwszy.

Wkrótce chwaliła się przed koleżankami, że ma mężczyznę, który na każde spotkanie przynosi książkę, i nie pożycza, jak początkowo mogłaby sądzić, lecz daje w prezencie; udało mu się w ten sposób rozbudzić w niej miłość, wprawdzie nie do nie do niego, lecz do literatury. Opowiadała koleżankom, że mężczyzna jest sporo starszy od niej, pewnie wydaje mu się, że jest niezwykle subtelny i delikatny, tak jak historie z tych książek, które przynosi, ale w gruncie rzeczy jest taki jak inni: wpycha na siłę język do ust, zębami rani wargi, a ona daje na to milczące przyzwolenie, bo ciekawa jest następnej książki.

Wybierałem je jak najstaranniej, pieściłem w rękach ich grzbiety, wyobrażając sobie, że to drobne plecy dziewczyny, po których wędrowałem palcami, czytając tytuły. Za każdym razem myślałem tylko o tym, co zdarzy się między nami, za każdym razem zdarzało się coś nowego, krok dalej, gest bliżej, oddech głębiej.

W ten sposób dziewczyna zgromadziła całą bibliotekę, aż przyszedł dzień, w którym nowości w księgarniach zaczęły ją nudzić.

- Teraz ty napisz dla mnie książkę – powiedziała dziewczyna. – Mówisz, że moje ciało jest piękne. Jeśli twoja książką będzie równie piękna jak moje ciało, oddam ci je za nią.

Przez trzy miesiące nie wychodziłem z domu, pisałem całymi dniami, zasypiałem na kilka godzin i znów pisałem. Nie spotkałem się ani razu z dziewczyną, byłem dumny, kiedy skończyłem pisać, lecz gdy poszedłem do niej z książką, zobaczyłem, że jej ciało pełne jest pożądania piękniejszego niż te, które zdołałem opisać. Wróciłem do domu i zacząłem pisać od nowa. Pisałem o pożądaniu tak mocnym, że nie potrafiły go utrzymać najgrubsze żeglarskie liny. O pożądaniu, od którego trzęsie się ziemia, kiedy nieroztropnie dotkną jej dłonie, a gardła mężczyzn zasychają jak pustynie. Po kilku miesiącach poszedłem do dziewczyny, ale nie wręczyłem jej swojej książki, bo w oczach miała radość, której by nie dorównał żaden z moich opisów. Znów poprawiałem więc swoją książkę, aż uznałem, że jest gotowa, a wtedy w oczach dziewczyny zobaczyłem tęsknotę doskonalszą, od tej, którą ze sobą miałem; odszedłem i ponownie wróciłem, dostrzegając tym razem żal i smutek tak głęboki, jak żadna myśl w mojej książce. Piszę ją zatem od wielu lat, a kiedy po raz kolejny wydaje mi się, że zbliżam się do końca, czytam to, co napisałem i widzę, że moja książka nie jest wystarczająco piękna. Wtedy zaczynam od nowa. Za każdym razem, gdy ją kończę i porównuję z urokiem dziewczyny, spostrzegam, że dziewczyna jest jeszcze piękniejsza niż była. Z upływem czasu zmienia się moja książka i zmienia się dziewczyna, obie podobają mi się coraz bardziej, lecz wciąż nie potrafię słowami dorównać urodzie dziewczyny. Widzę, że wymyka się spod moich palców, próbuję ją dogonić, ale na klawiaturze nie znajduję liter, którymi mógłbym złożyć godne jej zdania. Nawet pierwsze zmarszczki, które zaczynają naszą historię rysować na jej twarzy, są niedościgle piękne.


yours 2011-10-05 14:51:19
skomentuj (28)
Ogród tęsknot

To było dziwne, ale gdy sąsiad ściął swoją czereśnię, to moja przestała owocować. Owocowała od kilkunastu lat, zawsze pełna entuzjazmu dla zaczynającego się lata, w czerwcu gałęzie uginały się od czerwonych owoców, słodkich i soczystych tak, że usta spływały syropem. Dzieliłem się nią ze szpakami, które stołowały na najwyższych gałęziach, te niższe były moje. A w tym roku nagle posmutniała czerwiec jej nie cieszył, a wśród liści nie było nic, ani jednego owocu, szpaki też były zawiedzione.

Początkowo myślałem, że moja czereśnia straciła owoce ze smutku i z tęsknoty za tą drugą, która do ubiegłego rosła za płotem, w czasie wiatrów szeleściły do siebie gałęziami. Kasia, córka sąsiada, śmiała się ze mnie: - Drzewa przez płot nie mogą za sobą tęsknić! – A dlaczego drzewa nie mogą tęsknić przez płot, skoro ja tęsknię każdego wieczoru – powiedziałem, a Kasia się zaczerwieniła; oboje mieliśmy w pamięci tamten nieroztropny raz.

W lipcu przyjechała stara ciotka Adela. Spojrzała na czereśnię, rozglądnęła się dookoła i powiedziała: - Samotne drzewo owocu ci nie da, tak jak samotna kobieta nie urodzi dziecka.

Nie był to dla mnie argument, bo na naszej ulicy mieszkają trzy samotne kobiety, w tym dwie w ciąży. Ale ciotka wiedziała swoje, zawołała ogrodnika, który dosadził drugą czereśnię. Słyszałem, jak rozmawiał z ciotką Adelą.

- Ma pani rację, szanowna pani. Czereśnia, tak ja i na ten przykład grusza, owocuje tylko wtedy, gdy ma w pobliżu drugie drzewo, do pary.  Potrzebny jest pyłek innego drzewa tego samego gatunku.

Ale nawet ogrodnik nie musi wiedzieć o wszystkich ogrodowych tajemnicach, moim zdaniem nie o pyłki tu chodzi, ale o tęsknoty. Nie wiedział na przykład, co się w tym roku stało nagle z jabłonią. Do tej pory jej owoce każdej jesieni były winne, chrupiące, twarde, a gdy tydzień temu zacząłem je zrywać z drzewa, ze zdziwieniem i żalem zobaczyłem, że żaden nie nadaje się do jedzenia, są miękkie, pachną jak ocet i smakują tak jakby były sfermentowane. Zadzwoniłem ponownie do ogrodnika, przeszedł, zerwał jabłko, ugryzł, skrzywił się i wypluł. Po czym obszedł drzewo dookoła, zerwał następne, znów ugryzł, skrzywił się i wypluł. – Sfermentowane, psiakrew – powiedział. – Pierwszy raz widzę, żeby na drzewie rosły sfermentowane jabłka.

Znów obszedł drzewo dookoła, tym razem w drugą stronę, ale jabłka nadal były sfermentowane. Zaklął, zapalił papierosa, pokiwał głową z dezaprobatą, splunął i poszedł.

Wieczorem zadzwoniła stara ciotka Adela. Ucieszyła się, gdy powiedziałem, że nowa czereśnia na pewno się przyjęła; ciotka zaczęła trajkotać, jak to ona, pewnie dlatego nikt z rodziny do niej nie dzwoni; potrafi na jednym wydechu budować zdania tak, że dwa lub trzy się kończą, a kolejne zaczyna, więc w połowie zdania nikt jej nie przerwie, a wtedy ona bierze następny wdech, kończy zdanie i znów na jednym wydechu zaczyna następne, i tak bez końca, jakby pływała krytą żabką w jeziorze pełnym ryb, które jej chcą słuchać. Po kwadransie udało mi się dojść do głosu i wtedy powiedziałem, że jabłoń fermentuje. Zaległa cisza. Słyszałem jak ciotka, zmęczona maratonem zdań, ciężko oddycha.

- To książki – powiedziała. – To przez te cholerne książki twojej matki, które zakopałam pod drzewem.

Zszedłem do biblioteki, otworzyłem zakazaną szafę. Matka trzymała w niej rzeczy, których nikomu nie pozwoliła oglądać. Pierwszy raz otworzyłem szafę dwa lata po jej śmierci. Były w niej głównie książki pisane gotykiem. Ciężkie, grube, w skórzanych oprawach. Niektóre miały mosiężne grzbiety. Na najwyższej półce stały książki dla matki współczesne, książki jej dzieciństwa. „Main kampf” Adolfa Hitlera, w którego wojenne zbrodnie nigdy nie uwierzyła, „Sein und Zeit” Martina Heideggera, który nie tylko był filozoficznym geniuszem, ale i współpracownikiem gestapo i członkiem NSDP, oraz wybór przemówień Rudolfa Hessa, gdzie część zdań podkreślona była kopiowym ołówkiem. Za tymi książkami ukryty był niemiecki rozkład jazdy pociągów z 1945 roku. Na okładce ręką dziadka zapisana została data: 6 maj, 1945 oraz godzina odjazdu pociągu z Breslau do Berlina. Ten pociąg nigdy nie odjechał i właśnie dlatego, dwadzieścia lat później, urodziłem się w Polsce.

Teraz zaglądam do wnętrza zakazanej szafy i widzę, że wszystkie książki pisane gotykiem stoją nietknięte. Nie ma natomiast ani jednej z półki obiecującej  ewakuację matki.


yours 2011-09-20 20:55:16
skomentuj (14)
Są miejsca, gdzie nie powinni nas widywać

Okropnie zdołowała mnie pewna młoda dama, a dołączyła się do tego nadchodząca jesień, całą noc nie mogłem zasnąć, w końcu postanowiłem przed kimś się wygadać; nie bardzo było przed kim, więc pomyślałem, że pójdę, tak jak wszystkie dziewczyny u mnie w pracy, z wizytą do psychologa.

Wybrałem gabinet na samym końcu miasta, tam gdzie niemal kończy się już Wrocław, a zaczynają Bielany. Piętrowy, poniemiecki dom, na domofonie trzy przyciski. Parter – „Klub Go Go”. Piętro, jedynka – „Psycholog, psychoterapie, depresje”. Piętro, dwójka - „Wróżbiarstwo i medycyna naturalna”. Co za sąsiedztwo, pomyślałem, i już miałem nacisnąć jedynkę, gdy drzwi się otworzy i stanęła w nich pani prezes, szefowa naszego wydawnictwa.

- Matko Boska, co pani tu robi? – zapytałem przerażony.

- Jezu, ale mnie pan przestraszył! – krzyknęła, nie zwracając uwagi na zbieżność naszych religijnych inwokacji. – Co ja tu robię? – zdziwiła się. – To po prostu mój dom, znaczy tylko góra, wynajmuję ją różnym instytucjom. Ale co pan tutaj robi? – spojrzała znacząco na trzy szyldy wiszące przy wejściu.

Kiedyś chodziłem do kobiety, przed której drzwiami nikt nie powinien mnie nigdy zobaczyć. Za każdym razem, gdy wchodziłem na schodową klatkę jej domu, zastanawiałem się, co powiem, jeśli ktoś mnie tu zobaczy. Miałem wymyślonych dziesiątki kłamstw, które zależnie od pory dnia lub pory roku wyciągałem na wierzch, niczym okrycie, by było w pogotowiu. Ale teraz,  przed drzwiami ze striptizem, oko w oko z szefową, nie miałem ani jednego. Co ja tu robię? Spojrzałem na trzy dzwonki. Trzy odpowiedzi na proste pytanie, ale każde fatalne. Przecież nie przyznam się, że chodzę do psychiatry, czy do psychologa, na jedno wychodzi. Kto by chciał nadal zatrudniać publicystę, który być może jest niezrównoważony. Gdzie odpowiedzialność za słowo? To co mam powiedzieć, że do wróżki przyszedłem? Ja, człowiek, który pisze komentarze po największych spadkach światowych giełd, ocenia możliwości wyjścia z kryzysu? Niby wiem to wszystko od wróżki? Pozostaje klub ze striptizem i tańcem na rurze.

- A wie pani… tak przyszedłem… się zabawić – wydukałem przez ściśnięte gardło.

Jej twarz zrobiła się czerwona, ale na pewno nie ze wstydu, raczej ze złości.

- Pan? Tutaj? W takim miejscu? – nie kryła niedowierzania i zaskoczenia. – To ja od roku z tym sąsiedztwem walczę, a pan jest ich klientem? Może nawet stałym – dodała podejrzliwie.

Żegnaj kolejna podwyżko, żegnaj awansie. Trzeba mieć mojego pecha, żeby po tym wszystkim tak niefortunnie wybrać gabinet psychoterapii.

- Nie, nie, ja pierwszy raz tu jestem – próbowałem niezdarnie ratować sytuację.

Klient pierwszego razu. Pisałem kiedyś reportaż o prostytutkach. Dziewięćdziesiąt procent facetów, którzy do nich przychodzą, przysięga, iż to ich pierwszy raz, pierwsza wizyta w publicznym domu, to znaczy w agencji, burdelu, spółdzielni, mieszkaniówce, nikt już nie mówi „publiczny dom”. Są po raz pierwszy, za każdym razem, nawet jeśli obeszli już połowę dziwek w tym mieście i wrócili do punktu wyjścia, o którym zapomnieli, zawsze męskie dziewice.

- Tak, jestem tu pierwszy raz – powtarzam, jakby to była okoliczność nadzwyczaj łagodząca.

- Ha, niech się pan zatem dobrze bawi – prychnęła pani prezes, odwróciła się unosząc głowę z wyższością i stukając szpilkami oddaliła się w kierunku  samochodu.

Pieprzona psychoterapia! Nigdy nie miałem do niej zaufania. Po co to komu? Co to, ja jestem Woody Allen, żeby na kozetce siedzieć?

Tak niefortunnie znalazłem przed wejściem do gabinetu psychoterapii. Początkowo zły, a nawet wściekły, rozjuszony. Ale gdy nacisnąłem dzwonek i wchodząc po schodach zobaczyłem piętnastolatka błagającego ochroniarza o łaskę dopuszczenia do cud widoków kobiecego ciała, gdy pomyślałem, że mogę tam pójść i w cudzie tym uczestniczyć z gorliwością pierwszych apostołów, to pomyślałem, że życie jest jednak piękne i nie zepsuje mi tego psychoanalityk oczekujący mnie na pierwszym piętrze.

   


yours 2011-09-07 14:13:00
skomentuj (31)
 

Chata nad morzem
zapraszam do siebie

Zdjęcia
Oto foto

Moje zakupy
Tu możesz mi zajrzeć do koszyka

Powrót Piotrusia Pana, czyli...
Pan Piotruś, moje alter ego.

Blog jest Twój, komentarze tylko moje


2012
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
kwiecień