Statystyki

  • Wszystkich wizyt: 800516
  • Dzisiaj wizyt: 5
  • Wszystkich komentarzy: 7524

Moja książka

pozadanie_okladka-1

Wyrzut sumienia w sklepie warzywnym

W sklepie warzywnym starsza pani wybiera jabłka. Powoli, starannie, każdemu się przyglądając z uwagą. Wzięła cztery, po chwili, z wahaniem, jedno odkłada z powrotem. Prosi jeszcze o szczypiorek, płaci trzy dwadzieścia i wychodzi, kłaniając się uprzejmie.
- To poetka – mówi sprzedawczyni do następnej klientki. W jej głosie brzmi duma, bo nie w każdym sklepie warzywnym kupują poeci.
- Poetka? – dziwi się klientka. – Nawet nie wiedziałam, że poeci jeszcze istnieją.
- No, a Szymborska?
- Już nie żyje.
- A ten ksiądz, jakże mu tam? Tischner? – sprzedawczyni nie daje za wygraną.
- Też nie żyje.
Zapada chwila kłopotliwego milczenia.
- No ale ta jeszcze żyje – wraca do tematu sprzedawczyni.
- Może to ostatnia.
Znowu milczenie.
Po czym sprzedawczyni:
- A ja ten szczypior taki zwiędnięty podałam.

KRÓTKA HEREZJA O MIŁOŚCI

Dawno, dawno temu, jeszcze przed wynalezieniem człowieka, anioły mogły obcować ze sobą cieleśnie. Dotykały się ustami, by tchnąć w siebie oddech, a wraz z nim swoją moc, bogactwo jawy oraz proroctwo snów. Komunikowały w ten sposób, wymieniały się marzeniami, zaspakajały pragnienia.
Potem pan Bóg wymyślił człowieka. Na samym początku człowiek żył z aniołami i od nich nauczył się wszystkiego, łącznie z oddechem, który zawierał myśli, obrazy, muzykę, poezję.
Tak powstała radość. Ale była zbyt silna – mocniejsza od pana Boga, który poczuł zazdrość. Postanowił stworzyć coś potężniejszego i do głowy przyszedł mu smutek. Rozdzielił ludzi od aniołów.
Do dziś człowiek usiłuje je sobie przypomnieć i wiecznie tęskni. Gdy znajdzie kogoś, kogo pokocha, dotyka go ustami, tak jak to było w zwyczaju u aniołów. I czuje człowiek z tego powodu przyjemność, chociaż sam nie wie dlaczego.
I to się nazywa miłość.

„Dom tęsknot” – już w księgarniach

10670079_763496920355687_4869871199435400548_n

Przypowieść o fantazji seksualnej

 

Opowiem wam dziś historię totalnie nieromantyczną.

(Rozwiniętą znajdziecie w zbiorze opowiadań, który powinien się ukazać w następnym roku).

Poznałem dziewczynę, niby normalna sprawa, ale jednak za każdym razem na swój sposób wyjątkowa. Tydzień, dwa tak sobie gadamy o wszystkim, a w końcu powstaje między nami ten charakterystyczny rodzaj napięcia, który nieuchronnie musi doprowadzić do wyładowań niekoniecznie elektrycznych. Pytam ją zatem, czy ma jakaś niezrealizowaną fantazję, a ona odpowiada, że chciałaby być pieszczona, mając związane ręce i zasłonięte oczy. Ewentualnie w pokoju tak ciemnym, żeby nie było nic widać.

Niemal każda dziewczyna, którą do tej pory pytałem o niezrealizowaną fantazję, też chciała być związana, zdumiewające, że każda ma taki brak seksualny, zupełnie jakby ich dotychczasowym facetom nie chciało się kupić sznurka. Ale ja chcę być lepszy, więc jadę do Castoramy zainwestować w seks mojego życia. Mogłem pojechać do Praktikera, mam nawet bliżej, ale Praktiker nie wydawał mi się tak podniecający. A ja mam już ochotę jak diabli, tym bardziej, że też jeszcze nie kochałem się w ten sposób, prawdopodobnie dlatego, że sznurek zawsze wydawał mi się krępujący.

Oglądam te wszystkie motki, ale większość to jakieś szpagaty, przykładam je do przegubów dłoni i stwierdzam, że cienki sznurek może być niebezpieczny, zwłaszcza jak już dziewczyna będzie dochodzić. Sporo jest linek plastikowych, ale wydają mi się za szorstkie. Są też gładkie, do wieszania prania, ale jakieś takie nie seksowne w dotyku. W końcu znajduję odpowiednią linkę, ale niestety nie da się kupić kawałka, więc biorę cały zwój – 25 metrów, i wiozę do domu, zupełnie jakbym miał zamiar zrobić z dziewczyny zawijaną roladę.

Odcinam cztery kawałki, przywiązuję do poprzeczek łóżka, opuszczam rolety, wykręcam żarówki z nocnych lampek, żeby jasność nie wiodła nas na pokuszenie i czekam, ćwicząc najmocniejszy węzeł żeglarski.

No i przyjeżdża. Najpierw ładnie się całujemy, długo i namiętnie, uwielbiam całowanie jako element gry wstępnej, po kwadransie usta mamy już tak gorące i suche, że grożą pożarem, więc biorę dziewczynę za rękę i nareszcie biegniemy do sypialni. Po drodze zrzucam z siebie ubranie, zostaję jednak w bokserkach, żeby nie eksponować zanadto reakcji organizmu. W sypialni ciemność absolutna, ale udaje nam się dotrzeć do łóżka bez przewracania krzeseł.

Po chwili ona już leży i czuję jak dygocze z podniecenia, tym bardziej więc trzęsą mi się ręce, gdy do przegubów rąk oraz kostek jej nóg przywiązuję sznurek. Wszystko jest tak, jak sobie zaplanowaliśmy, więc zrzucam bokserki i kładę niecierpliwe dłonie na udach dziewczyny.

I… ja pierdolę! Dopiero teraz zdaję sobie sprawę z tego, że nie zdążyła się rozebrać. Rozpaczliwie rozpinam jej spodnie, ale to przecież bez sensu, bo ich z niej nie ściągnę, skoro jedna noga przywiązana do jednej poręczy, a druga do drugiej. Po chwili zauważam, że z podobnej przyczyny nie zdejmę także biustonosza. Porażka.

Sięgam do węzła i próbuję go rozplątać, no trudno, za chwilę zawiążę z powrotem, ale to dobry węzeł żeglarski, po ciemku nie dam mu rady. Zastanawiam się gorączkowo, gdzie schowałem żarówki. W szafce nocnej? Wychylam się z łóżka i otwieram szufladę. Szlag! Zbyt nerwowo, szuflada leci na podłogę, coś się rozsypuje. Wstaję i słyszę jakieś chrupnięcie, czując równocześnie potworny ból. Rozdeptałem tę cholerną żarówkę! Podskakując na jednej nodze docieram do przedpokoju, zapalam światło i aż słabo mi się robi. Kawałki cienkiego jak żyletka szkła wystają ze stopy, krew się leje, robi mi się słabo, na pewno umieram, jak każdy facet na wojnie ciężko ranny w stopę. Kuśtykam do łazienki i szukam pęsety, żeby te cholerne kawałki szkła wyciągnąć, ale niby dlaczego w taki pechowy wieczór mam sobie przypomnieć, gdzie schowałem pęsetę.

Opadam więc na sedes i czuję, że zaraz niebohatersko się rozpłaczę – tam w pokoju leży dziewczyna piękna jak marzenie i gotowa na wszelkie pieszczoty, a ja tu siedzę na kiblu z poharataną stopą…

No ale przynajmniej w końcu wiem, dlaczego tak mało mężczyzn ulega kobiecej fantazji ze sznurkiem.

 

 

 

 

 

 

o czym myślę

 

Siedzieliśmy obok siebie i wymienialiśmy gesty, spojrzenia oraz słowa, i wszystko było na bezpieczną odległość lekkiego niedomówienia. Na chwilę oboje zamilkliśmy, a wtedy zapytała mnie, o czym myślę. To nie była dobra chwila, żeby powiedzieć jej prawdę, bo znaliśmy się zaledwie od kilku godzin, więc powinienem coś nakłamać romantycznie. Miała jednak na sobie sukienkę z dekoltem, który uniemożliwiał mówienie nieprawdy. Jej usta też uniemożliwiały mówienie nieprawdy. Podobnie jak oczy, ramiona, łydki, szyja, zarys łopatek, dwa spiskujące przeciwko prawdzie obojczyki, a także stopy. Obiektywnie rzecz ujmując, każdy centymetr jej ciała uniemożliwiał mówienie nieprawdy. A do tego uśmiechnęła się tak, że żadne kłamstwo nie przeszłoby mi przez gardło, chociaż trochę się nawet starałem. Wszystkie nieprawdziwe słowa pęczniały mi w ustach i nie mogłem ich ani przełknąć, ani wypowiedzieć. Jeszcze chwila i pękłbym jak balon. Nie miałem zatem wyboru i powiedziałem jej prawdę pełną gorących słów, od których spierzchły mi usta, a potem spierzchły i jej, na drugi dzień całe były popękane od wycałowania.

Taka niepotrzebna sytuacja

Całuj mnie mocno, szepcze, całuj po szyi, za uchem, po karku i plecach, całuj tak jak lubię, żebym czuła twoje wargi i język. Pochylam się nad jej uchem i pytam czy mnie kocha, a ona potrząsa głową niezadowolona i macha ręką, jakby odganiała natrętną muchę. Chyba zwariowałeś, syczy, gdybym cię kochała, w życiu bym nie poszła z tobą do łóżka. Początkowo myślę, że żartuje, uśmiecham się, ale niepewnie, i wiem, że mam wyraz twarzy głupka, który przechodzi przez ulicę na czerwonym świetle, zaraz pewnie potrąci mnie rozpędzony samochód. I rzeczywiście, widzę zbliżające się ślepia reflektorów, chyba nie zdążę już uciec, błyszczą jej oczy, nagle rozeźlone i gniewne. Słuchaj, cedzi powoli złe słowa, słuchaj romantyczny idioto, umawiałam się z tobą na seks, a nie na miłość, bo chcę cielesnych uciech, a nie duchowych boleści, dlatego rżnij mnie po prostu i nie mów mi ani słowa o jakiejś pieprzonej miłości.

Przypadek z wyrafinowaną kochanką

Kiedyś wydawała mi się zbyt piękna, bym miał odwagę do niej podejść. Po raz pierwszy spotkałem Kasię na studiach, zdała na pierwszy rok filozofii, a ja kończyłem czwarty. W czasie przerw otaczał ją zwarty krąg wielbicieli, na wyścigi częstowali papierosami, byłem w tej dyscyplinie bez szans, bo nie paliłem. Zgrabna, wysoka i rudowłosa ogniście, z dala zapalały się do niej męskie serca, nie bez znaczenia miał przy tym fakt, że nosiła spódniczki tak krótkie, że bez trudu dostrzegaliśmy koronki majtek. Zielonooka jak wiosna, nieco blada, ale o policzkach zawsze zarumienionych, jakby ze wstydu przed naszymi myślami. Te kłębiły się niesfornie niczym jej loki, które dotykając wystających obojczyków budziły w nas coraz odważniejsze marzenia.
Marzyłem o niej śmiało, bez zahamowań, czasami wręcz bezczelnie, w ogóle nie pytając o zgodę, bo wierzyłem, że marzenia należą do świata, w którym o zgodę nie trzeba pytać. Marzyłem o niej perfekcyjnie i totalnie, w marzeniach miałem opanowany każdy centymetr jej ciała i każdą zmianę w tonie jej głosu, wypowiadała nim zdania, od których odbierało mi najpierw mowę, potem rozum, a na końcu oddech i wtedy dusząc się zrozumiałem, że z marzeniami trzeba obchodzić się ostrożnie, bo mogą niekiedy zabić.
Tylko marzeń nie trzeba się uczyć, człowiek umie marzyć od urodzenia, chociaż tych pierwszych marzeń już nie pamięta. W marzeniach każdy z nas jest doskonały, każdy potrafi wymarzyć sobie najpiękniejszą przyszłość, a gdy ona już się zdarzy i wcale nie tak piękna, wówczas niektórzy potrafią wymarzyć sobie równie wspaniałą przeszłość i odtąd żyją wspomnieniami zjawisk i rzeczy, które się nie zdarzyły.
Nigdy nie zamieniłem z nią słowa, spojrzenia ani wspólnej myśli; fakt, że o niej rozmyślałem, nie miał najmniejszego znaczenia – takie dziewczyny jak ona są w marzeniach wszystkich mężczyzn, a udaje się jednemu na tysiąc, ja byłem w kolejce dwutysięczny pierwszy. Teoretycznie bez szans, ale jakże przyjemnie potrafi niekiedy teorię zaskoczyć praktyka.
Spotkałem ją po latach i nasze szanse były już wyrównane. Czas jest seksistowskim szowinistą, bezwzględnie opowiadającym się po stronie mężczyzn – pierwsza zmarszczka u kobiety to powód do pierwszej próby samobójczej, a taka sama zmarszczka u mężczyzny to szlachetny dowód na to, że być może nad czymś się zamyślił.
Nadal była piękna, ale tym smutnym pięknem kobiet czterdziestoletnich, w którym nadzieję zbyt szybko zastępuje rezygnacja. Włosy, przedtem zawsze rozpuszczone, by iskrzyło słońce i igrał w nich wiatr, splecione miała w kok tak ciasny, że nie pozwalał uciec nawet najbardziej niesfornym kosmykom. Oczy, niegdyś koloru chabrów lub nawet szafirów, nabrały barwy błękitu turkusowego, tak jakby ich wcześniejszy mocny pigment został przez lata rozcieńczony. Kolor oczu można wypłakać, wiedziałem to po mojej matce, która po śmierci ojca stała się jasnooka zaledwie w miesiąc.
Umówiliśmy się na butelkę czerwonego wina, Kasia przyszła pięć minut przed czasem, tak jakby chciała uprzedzić własne wątpliwości, zdążyć przed nimi, być wcześniej nim się rozmyśli. Miała na sobie obcisłą czerwoną sukienkę z dekoltem odsłaniającym piersi tak ciężkie, że nie potrafiłem unieść ich wyobraźnią. Wypiliśmy zaledwie pół butelki wina, gdy pozwoliła, bym niedołężnej wyobraźni pomógł dłońmi.
Lubię seks z młodymi dziewczynami. Ich jędrne ciała, twarde piersi i szybko wilgotniejące uda. Ich zapach – jakże różny od zapachu dojrzałych kobiet – ostry, a u brunetek wręcz dojmujący, niczym u dzikich zwierzątek. Jednak różnica między seksem z trzydziestoparoletnią kobietą a dwudziestolatką bywa taka jak między przyjęciem u Ritza a wizytą wiosną w wegetariańskim barze. Tam nowalijki rozczulą cię świeżością, uwiodą przedsmakiem smaku jeszcze niedojrzałego, ale wyjdziesz zaspokojony tylko na chwilę i głód szybko wróci. U Ritza smakować będziesz powoli, na przemian rozkoszując się niezwykłością dań wykwintnych oraz wyrafinowaniem delicji pierwotnie najprostszych. Zdumiony różnorodnością podziwiać też będziesz sposób ich podania, a gdy odejdziesz od stołu, ogarnie cię pełna miękkiej sytości senność.
Zasnęliśmy zatem tuż przed świtem, pośród nieładu ubrań, ciał i myśli.
(……)
Od szorstkiego prześcieradła z frotte miała otarte kolana, więc nazajutrz nie zdziwiłem się, gdy poprosiła, żebym na wieczór przygotował bandaż.
Cały dzień myślałem o niej i o tych latach, które minęły między nami osobno, i o tej nocy razem spędzonej jak sen z oczu, i o tych nocach, które jeszcze nadejdą. Dopiero przed drzwiami, trzymając w jednej ręce butelkę wina, a w drugiej siedem równie burgundowych róż, przypomniałem sobie o bandażu. Zbiegłem na dół, wpadłem do apteki i poprosiłem o jakiś zestaw opatrunkowy, możliwie najdelikatniejszy.
- Przyniosłem ci opatrunki – powiedziałem z dumą.
- A na cholerę mi opatrunki? – zdziwiła się nieoczekiwanie.
- Przecież chciałaś…
- Żartujesz? – zapytała z niedowierzaniem. – Żartujesz, prawda?
- Mówiłaś, żebym ci przygotował bandaż…
- Czy ja mam akcent aż tak niewyraźny? Miałam ochotę na bondage, taki seks z dłońmi przywiązanymi wzdłuż ciała!
Stała ubrana w czerwone szpilki i koronkowe majteczki – nigdy nie zapomnę jej zdumienia, gdy otwierając przyniesiony przeze mnie pakuneczek wyciągała kolejno gazę wyjałowioną, trójkątną chustę opatrunkową oraz ten nieszczęsny bandaż.

Co ma miłość do pszczelego jadu

Moja matka mówiła, że wszystko ma swój kalendarz, nawet ból. Jak cię w południe użądli osa, a nie masz na nią uczulenia, to wprawdzie do wieczora użądlone miejsce swędzi, ale następnego dnia budzisz się o osie już nie pamiętając. Dopiero koło południa znów zaczynasz czuć pieczenie, a ranka, o której już zapomniałeś, ponownie robi się czerwona, jakby odrobina jadu tam pozostawiona budziła się równo po 24 godzinach.
Co roku o tej samej porze czuję ogarniającą mnie tęsknotę i żal, tak jakby z miłością było podobnie jak z użądleniem osy i ból mógłby wracać po zawsze takim samym okresie spokoju.
Dziadek był pszczelarzem, pamiętam jak chłopców z sąsiedztwa uczył zakładać ule. Kazał im wyciągać dłonie do użądleń wtedy, kiedy młode pszczoły latały pojedynczo, bo jedno użądlenie tygodniowej pszczoły zazwyczaj nikomu nie szkodzi. Po paru tygodniach użądleni parokrotnie chłopcy byli na jad pszczeli już uodpornieni i bez obaw chodzili między ulami.
Nie wiem, może tak samo jest z miłością, może trzeba się zakochać po wielokroć, aby w końcu uodpornić się na tęsknotę, może czas wyciągnąć dłoń w kierunku młodej pszczoły.

Nasi bliscy, tacy jak Alzheimer

Zaczęło się niegroźnie – od rozkojarzeń i drobnych pomyłek. Ojciec zapominał o płaceniu rachunków, wyłączaniu światła w łazience, wyjmowania prania z pralki. Gdy pytałem, czy zapłacił za telefon, bo z telekomunikacji grozili, że odłączą, zapewniał, że dziś zapłaci. Potem mijały dwa dni, był pewien, że zapłacił, szukał nawet dowodu wpłaty, a po tygodniu telefon milkł, zgodnie z ostrzeżeniem odłączony.
- Starość nie radość – powtarzał, a ja potakiwałem głową ze zrozumieniem, bo jak ktoś ma 82 lata, to przecież może o różnych rzeczach zapominać.
Nauczyliśmy się jakoś z tym żyć.
- Brałeś leki? – pytałem początkowo.
- Brałem – odpowiadał za każdym razem, a potem ze zdziwieniem widziałem, że liczba zażytych przez niego tabletek nie zgadza się z liczbą minionych dni. Czasami przez cały tydzień nie połknął ani jednej. Widzieliśmy się raz w tygodniu, gdy przyjeżdżałem do niego z Łodzi do Wrocławia. Wtedy sprawdzałem te tabletki. Wiedziałem, że muszę jakoś inaczej sformułować pytanie.
- Nie brałeś jeszcze leków? – zapytałem dzwoniąc następnym razem. Przez chwilę milczał, zastanawiając się.
- Zaraz wezmę.
Od tej pory zawsze pytałem w ten sposób i z tabletkami już wszystko się zgadzało. Miał silne nadciśnienie, nerwicę, łatwo wpadał w depresję. Na tym depresyjnym tle cierpiał na jadłowstręt. Cała szuflada pełna była leków. Ojciec trzymał się jednak świetnie. W młodości był nauczycielem wychowania fizycznego, każdy dzień zaczynał od kwadransa ćwiczeń.
Przed wakacjami prosili w pracy, żeby wykorzystać zaległe urlopy, więc w kwietniu na cały miesiąc wyjechałem w Bieszczady. Zasięg wież telekomunikacyjnych był tam fatalny, do ojca udało mi się zadzwonić zaledwie dwa razy. Po powrocie nie mogłem do niego pojechać, bo okazało się, że w pracy zrobiły się potworne zaległości. Pojechałem dopiero po dwóch tygodniach.
Nie mogłem uwierzyć, że przez sześć tygodni lekko zapominalski człowiek może się przeistoczyć w istotę niemal zupełnie niepanującą nad tym, co robi. Całe mieszkanie, luksusowy apartament na Biskupinie, kupiony w czasach największej prosperity rodziców, zastawiony był naczyniami wypełnionymi wodą. Dziesiątki szklanek, półmisków, garnków, kubków, filiżanek, a nawet głębokich talerzy stało na podłodze tak, że niemal nie można było przejść. Z piwnicy przyniósł ojciec wszystkie słoiki. Gromadzili z matką je cały czas, od zawsze, a od kilkunastu lat nikt nie robił już weków – pustych słoików było więc dziesiątki, a może i setki. Stały teraz na podłodze, a ojciec chodził wśród tego dziwnego zbiorowiska z konewką do podlewania kwiatków na balkonie i do pełnych naczyń wciąż dolewał wody. W całym mieszkaniu dębowy parkiet był mokry, wręcz przesiąknięty, w wielu miejscach już odszedł i nadawał się do wyrzucenia.
- Boże, co ty robisz, tato? – wołałem przerażony.
- Po południu może nie być wody. Trzeba nabrać gdzie się da – odpowiedział spokojnie, wlewając wodę do porcelanowych sosjerek. Sosjerki z Miśni, matki ulubiona, bezcenna pamiątka ze starej manufaktury. Ślubny prezent od babci, którego nie pozwalała nigdy ruszać.
Lekarz był zdumiony tylko tym, że do tej pory nikt nam jeszcze nie powiedział, że ojciec ma początki Alzheimera. Przez tych sześć tygodniu, kiedy mnie nie było, w ogóle nie brał leków, więc objawy się nasiliły.
Po powrocie do domu zacząłem czytać o tej chorobie i ogarnęło mnie przerażenie. Wizja była straszna. Kilka lat powolnej, nieuchronnej utraty kontroli nad umysłem i ciałem. Bez odwołania, bez odwrotu, bez możliwości wyleczenia. A z drugiej strony – mój stary ojciec i ja. Dużo szukałem w Internecie. Nie wiem czego. Może liczyłem na cud? Może miałem nadzieję, że jest tam ukryty i ja go znajdę? Jakaś magiczna receptura na nieuleczalne choroby, ukryte zaklęcie?
Zauważyłem, że pewną ulgę zaczęły przynosić mi rozmowy z ludźmi znajdującymi się w podobnej sytuacji. Znalazłem ich na internetowym forum dla rodzin osób chorujących na Alzheimera. Z czasem poznałem bliżej ich losy. Najbardziej przejęła mnie Emilia. Jej matka chorowała od 12 lat i była coraz bliżej końca. Potrzebowała ciągłej opieki. Emilia dzieliła swoje obowiązki między matkę, pracę a ośmioletnią córeczkę, o czym opowiadała na forum zawsze z poczuciem humoru, nie skarżąc się jak inni, nie narzekając.
Zaimponowała mi, zacząłem do niej pisać, ona z chęcią mi odpowiadała, udzielając różnych porad. Dość szybko się zaprzyjaźniliśmy, jak to ludzie, którzy czują w stosunku do siebie pewną bliskość z powodu podobnie trudnej sytuacji.
W pierwszym tygodniu lipca mama Emilii zmarła. Na domiar złego, okazało się, że ich wspólne mieszkanie jest tak zadłużone i zastawione przez bank, że Emilia musi się wyprowadzić. Po raz pierwszy skarżyła się na forum, a gdy poprosiłem ją o numer telefonu i natychmiast do niej zadzwoniłem, usłyszałem w słuchawce płacz.
- Mam tylko córkę, nieślubną, więc wszyscy z naszej wioski od nas się odwrócili. Nie mam gdzie pójść, nie wiem, gdzie będziemy mieszkać. Po raz pierwszy w życiu nie wiem, co robić.
- Zamieszkaj z moim ojcem – zaproponowałem. – Ty mu pomożesz, a on pozwoli wam u siebie mieszkać.
Powiedziałem to i od razu zrobiło mi się głupio. Poczułem się tak, jakbym wykorzystał nieszczęście Emilii do tego, by w jakiejś mierze pozbyć się swojego ciężaru. Na szczęście Emilia tak nie myślała. Kilka dni później mieszkała już z moim ojcem.
Ojciec zdawał sobie sprawę ze swojej choroby. Czasami próbowała nawet ją przechytrzyć. Wstawał rano, patrzył na Emilę oraz na jej córeczkę, po czym mówił:
- Myślicie, że tak źle jest ze mną i niczego nie pamiętam? Co to, to nie. Doskonale wszystko pamiętam i wiem, że ty jesteś moją synową, a ta śliczna dziewczynka to moja wnuczka.
I w ten sposób ojciec nie tylko mnie ożenił, ale i obdarował dzieckiem.
Leki, terapia, cudowna atmosfera, jaką Emilia potrafiła stworzyć w domu, sprawiły, że choroba ojca jakby się zatrzymała. Każdego ranka dziwił się tylko, że ma już taką dużą wnuczkę, a potem pytał o jej imię. Za każdym razem, gdy przyjeżdżałem, dziwił się też, że ma takiego dorosłego syna i nie mógł zrozumieć, dlaczego nie mieszkam z żoną. Początkowo tłumaczyłem mu, że Emilia nie jest moją żoną. W końcu przestałem, bo najpierw robił mi awantury, że mam z nią nieślubne dziecko, a potem i tak wszystko zapominał i trzeba mu było tłumaczyć od początku i od nowa wysłuchiwać tej samej, niezasłużonej awantury.
Wtedy też zrozumiałem, że zapominanie ma jednak przynajmniej dwie dobre strony. Co kilka godzin Emilia podsuwała mu coś do zjedzenia ze słowami:
- Niech ojciec zje chociaż dziś tylko to i nic więcej, przecież nic dzisiaj ojciec jeszcze nie jadł.
Z ociąganiem i niechętnie pokonywał swój jadłowstręt i sięgał kilka razy dziennie po ten – jak sądził – jedyny posiłek dzisiaj, aż z czasem nabrał rumieńców, a jego oczy przestały być takie zapadnięte jak kiedyś. W dodatku nie pamiętał też, że się już gimnastykował, a nawyk ten miał wpojony głęboko. Mniej więcej co dwie godziny stawał więc przy otwartym oknie i uprawiał poranną gimnastykę.
Czasami zwracał się do córeczki Emilii:
- Wnusiu, czy ja się już dzisiaj gimnastykowałem?
- Ależ skąd, dziadku! – kłamała smarkula, chichocząc pod nosem.
Z czasem ojciec zaczął wyglądać coraz lepiej. Wiedziałem, że to zasługa Emilii. Byłem szczęśliwy, że ją poznałem. Byłem szczęściarzem po prostu.

Gdzie się kryją tajemnice

Toaletka zrobiona jest z drewna orzecha kaukaskiego. Jasna, o ciemnych słojach, tak niezgodnie z naturą pokręconych, że wydają się nierzeczywiste. Trzy kryształowe lustra, połączone zawiasami, by można się zobaczyć niemal z każdej strony, osadzone są na szerokim blacie, pod którym umieszczono pięć pionowych rzędów szuflad. Po brzegach dwa wąskie, z przegródkami na igły, naparstki, guziki, nożyczki i szpulki nici; potem dwa rzędy szuflad nieco szerszych – na grzebienie, szczotki do włosów, wsuwki, zapinki, agrafki i tym podobne utensylia, a pośrodku rząd najszerszy na kobiece fatałaszki.
Czuję się dziwnie, otwierając je po kilku latach i wyciągając rzeczy, które należały do mojej mamy. Porcelanowy naparstek, którego nigdy nie używała, bo był zbyt śliski i przez to niewygodny, obok srebrny, pokryty już patyną, a za nim jeszcze zwykły, metalowy, po który sięgała najczęściej. Szczotki ze wspomnieniem jej siwych włosów. Guziki, które zbierała przez całe życie, bo przecież mogą się jeszcze do czegoś przydać – leżą teraz dziesiątkami, posegregowane według kolorów, na zawsze już niepozapinane. Szuflady środkowe są jednak najtrudniejsze. Pończochy, majki, staniki, skarpetki. Takich rzeczy, które należą do matek, synowie nie dotykają nawet za życia, a co dopiero po śmierci. Jest jakieś płciowe tabu dotyczące bielizny matek, niesprawiedliwe i niezrozumiałe, ale silne i bezwzględne, dlatego zamykam te szuflady od razu i nawet nie patrzę.
Muszę stąd zabrać tę toaletkę, dom został sprzedany, a nowy właściciel nie powinien w niej grzebać, łapać staniki w dwa palce i wyciągać ze zdumieniem, a może nawet z rozbawieniem albo dezaprobatą. Siedzę na krześle i bujam się na jego tylnych nogach, tak jak nigdy mi na to nie pozwalała, krzycząc od razu, że mogę się przewrócić i zrobić sobie krzywdę tak niewyobrażalną, że nawet nie mam pojęcia – nie miałem pojęcia wtedy i nie mam do dziś, jakoś nigdy nie zdążyła mi o niej opowiedzieć. Siedzę zatem na krześle i bujam się jej na złość, odchylając się do tyłu wyjątkowo niebezpiecznie: „powiedz coś teraz, odezwij się, nawet nakrzycz na mnie” – myślę – „zrób cokolwiek, ale daj mi jakiś znak, że gdzieś tam jesteś ”. Ale ona milczy i nadal udaje, że umarła w sposób nieodwołalny, uparła się i nie chce mnie pocieszyć, myśli tylko o sobie i o tym, co jej się przydarzyło, jak wszyscy po śmierci, egoiści wiekuiści.
Patrzę na toaletkę i coś mnie zaczyna niepokoić, jeszcze nie wiem co, ale niewygoda jakaś uwiera mnie w podświadomość. Przyglądam się uważniej – to coś mi przeszkadza, zwraca moją uwagę dotychczas nieuważną, to chyba brak czegoś, chociaż wszystko z pozoru na swoim miejscu się znajduje i nagle – widzę to wyraźnie – asymetria mnie w podświadomość gniecie jak tę księżniczkę na ziarnku grochu, w którą nigdy nie mogłem uwierzyć. Wszędzie jest po sześć szuflad w rzędzie, równą linią zakończonych, i sześć jest secesyjnych uchwytów do szuflad, tylko w środkowym rzędzie jest ich pięć, tak jakby ta najniższa miała podwójną wysokość. Otwieram ją, patrzę na rząd wełnianych skarpet i jedyne, co mnie dziwi, to fakt, że boki i dno są wyłożone taflami luster, tak jak kiedyś wykładało się wnętrza barków, aby sprawiały biesiadnikom błogie wrażenie niekończącego się dostatku.
Nie mogę pojąć, po co w toaletce równie złudne wrażenie obfitości bielizny, spoglądam w głąb szuflady, zamykam ją i znów otwieram, a wraz z szufladą otwiera się przede mną przeczucie rychłego odkrycia. Oto bowiem widzę wyraźnie, że jej wewnętrzna wysokość jest o połowę mniejsza niż wysokość zewnętrzna, tak jakby ktoś skleił ze sobą dwie szuflady, przy czym ta dolna odsuwałaby się za każdym razem z górną i odgrodzona taflą lustra pozostawała zawsze niedostępna.
Czuję się tak jakbym znowu miał siedem albo osiem lat i był na tropie czyjegoś sekretu, co za wspaniałe wrażenie – poczuć się tak jakby to była szuflada pełna skarbów, a nie zwyczajnych skarpet po mojej mamie. Wyjmuję je pospiesznie, próbuję podnieść lustrzane dno zamontowane po to, by stworzyć złudzenie podwójnej głębi, i dopiero teraz spostrzegam, że z przodu jest malutka zasuwka o kształcie niby to leżącej tu przypadkiem igły do szydełkowania – wyciągam ją i wtedy ukryta sprężyna zatrzasku lekko podnosi taflę lustra ku górze i już bez problemu mogę ją odchylić na zamontowanych z tyłu zawiasach. Pod spodem rzeczywiście jest druga szuflada, którą na zlecenie mojej mamy ktoś przerobił na skrytkę pół wieku temu, a może jeszcze przed wojną. Na dnie leży kilka przedmiotów oraz zeszyt w skórzanej oprawie z wytłoczonym napisem „Tagebuch”. Pamiętnik mojej matki… Nie wiem, czy mam prawo go czytać. Dziś pisze się pamiętniki w sposób otwarty, często publiczny, by na bieżąco dzielić się myślami. Kiedyś pisało się je po to, by te myśli ukryć, zamknąć w okładkach na dnie szuflad, nawet przed sobą.
To dziwne uczucie – trzymać w rękach zbiór sekretów swojej matki. Matki wydają się nam zawsze szczere i otwarte, oddane do stopnia, który wyklucza między nami tajemnice. Chcemy być wobec nich ufni, a tajemnica stoi ufności na drodze. Poza tym zawsze myślałem, że sekrety kryją się w ludziach, w ich głowach i sercach – są ich myślami, uczuciami lub uczynkami, których świadectwo zamknięte jest przed innymi, nierzadko na zawsze, być może dlatego, że trzeba się ich wstydzić. Nie sądziłem natomiast, że tajemnice można schować tak lekkomyślnie, po prostu w szufladzie ze skarpetkami.