Statystyki

  • Wszystkich wizyt: 826818
  • Dzisiaj wizyt: 13
  • Wszystkich komentarzy: 7677

Moja książka

pozadanie_okladka-1

Archiwa

Obsesja przez pocztowe okienko

 Mieszkam na tym osiedlu od trzech tygodni. To nowoczesne, kameralne osiedle składające się z kilku budynków postawionych w kształt litery C. Początkowo myślałem o dwóch pokojach, bo może w końcu się ożenię, ale kredyt wystarczył mi tylko na kawalerkę.

Moje mieszkanie mieści się na dole tej litery C, więc z okna sypialni widzę jej górę, czyli przeciwległe skrzydło budynku – odległy o kilkadziesiąt metrów rząd okien i balkonów, na których zazwyczaj suszy się pranie. Do pierwszego piętra rosną świeżo zasadzone drzewa, ale developer zapewnia, że z czasem przesłonią nas drzewa. Jednak na razie rytm prania jest dla sąsiadów z naprzeciwka doskonale widoczny.

Wstyd przyznać, ale raz zdarzyło mi się podglądać. Naprzeciwko moich okien, dokładnie na piątym piętrze opalała się kobieta. Wyszła na balkon z krzesełkiem turystycznym. Miała na sobie bikini i słomkowy kapelusz, zupełnie jakby się wybierała na plażę. Na tle innych balkonów, gdzie powiewało tylko pranie i garażowały rowery, była jak postać z innego świata. Sięgnąłem po lornetkę.

Kobietę było widać doskonale. Fantastyczna. Zupełnie inna niż te wieszaki, które pokazują w kolorowych magazynach. Pełne kształty, duże piersi. Poprawiłem ostrość w lornetce. Piękne te piersi, ciężkie, ale kształtne. Po diabła założyła do opalania stanik? Przecież jest sama na tym balkonie..

Wieczorem, zanim się położyłem spać, spojrzałem przez okno w kierunku jej balkonu. Miała zaciągnięte firanki i widać było tylko jakiś cień. Przed snem najpierw o niej tak trochę pomyślałem, żeby miło mi się zasypiało. Ale z tego małego myślenia niespodziewanie zrobiło się duże. Tak duże, że aż nie mogłem zasnąć. Zacząłem fantazjować, wyobrażać sobie jak idę do niej, pukam i się przedstawiam, że mieszkam po sąsiedzku. A ona jest w tym bikini i jakoś nie potrafi się skutecznie przede mną zasłonić. Dość długo to sobie wyobrażałem, ze szczegółami. „To ciekawe”, uznałem w końcu, zanim zasnąłem. Czasami człowiek raz tylko kogoś zobaczy, przez pięć minut, a potem bez wyraźnego powodu myśli o nim przez pięćdziesiąt.

Nazajutrz przyłapałem się na tym, że co jakiś czas podchodzę do okna i patrzę w kierunku tamtego balkonu. Nawet jak się zachmurzyło i zaraz miał padać deszcz. Nie wiem, co sobie myślałem. Że wyjdzie na swoje krzesełko z parasolem przeciwdeszczowym?

Wieczorem, gdy zrobiło się już ciemno, zgasiłem światło w swoim pokoju, żeby nie było mnie widać. Przez lornetkę wpatrywałem się w jej okna. Trwało to mniej więcej kwadrans. Nic ciekawego nie zobaczyłem. Kobieta siedziała po prostu na kanapie i oglądała telewizję. Raz tylko wstała i poszła do kuchni zrobić sobie herbatę.

Na szczęście w porę się opamiętałem. Co ja robię? Dlaczego podglądam obcą kobietę? Otrząsnąłem się z niepotrzebnych myśli jak pies wychodzący z wody. Schowałem lornetkę i też włączyłem telewizor.

Dwa dni później poszedłem na pocztę nadać list polecony. Stanąłem przed okienkiem i poczułem nagłą falę gorąca. Po drugiej stronie siedziała ta kobieta! Ta, którą podglądałem przez lornetkę! Z bliska wyglądała jeszcze piękniej. Lekko puszysta, ale tak apetycznie – jak biszkopt albo drożdżowe ciasto. Guziczki białej bluzki miała pozapinane do samej góry, ale widać było, że dwa środkowe dopięły się z trudem. Na bluzce miała identyfikator z imieniem. Anita. Jakie śliczne imię! Anita. Takie miękkie, ciepłe, przytulne. Jak ona.

Spojrzała na mnie. Rany, co za oczy! W życiu takich oczu nie widziałem. Czarne jak dwa jeziora w Tatrach i jak one błyszczące. Długie rzęsy, gęste brwi. Prosty nos jak u greckiej rzeźby, duże usta. Policzki jak dwie brzoskwinie dojrzałe, po które chciałoby się sięgnąć, a przynajmniej delikatnie dotknąć.

- Słucham – powiedziała. A ja jakbym nie słyszał. Stałem i się gapiłem, oczu nie mogąc oderwać.

- Słucham pana.

- Czy ma pani klej? Chciałbym kopertę zakleić.

- Przykro mi, nie mamy kleju.

I cały dialog między nami. Skończona na poczcie wizyta. Dlaczego o klej zapytałem, skoro koperta miała brzeg samoprzylepny? Zupełnie jakby mi rozum odjęło.

Wieczorem znowu kusiło mnie, żeby sięgnąć po lornetkę, ale postanowiłem nie ulegać pokusie. W końcu jestem mężczyzną, potrafię nad sobą zapanować.

Rano od ósmej trzydzieści stałem w oknie i obserwowałem wyjście z jej klatki schodowej. Pocztę otwierają o dziewiątej, więc najpóźniej za kwadrans Anita musi wyjść z domu. Dokładnie! Wyszła równo za kwadrans. Przyłożyłem do oczu lornetkę. Ach, jakże miło było patrzeć na nią, gdy idzie! Lekko kołysała biodrami, które tak hipnotyzowały tym rytmem, że oczu nie mogłem oderwać.

Rzuciłem lornetkę na łóżko i po kilku minutach wyszedłem z listem w dłoni.

Byłem pierwszym klientem. Niemal podbiegłem do okienka.

- Dziś mam już zaklejoną kopertę – powiedziałem tak bez sensu, że aż się zawstydziłem.

- To dobrze, koperty powinny być zaklejone – usłyszałem w odpowiedzi.

Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Drugi dzień z rzędu rozmowa zupełnie nam nie wychodziła.

Trzeciego dnia poszedłem na pocztę już przygotowany. Wieczorem obmyśliłem sobie różne możliwe dialogi, żeby tym razem się nie zbłaźnić.

- Listy powinny być dobrze zaklejone – oznajmiłem. -  Jak usta, które kryją niejedną tajemnicę. Wie pani, ile tajemnic mogą kryć listy, które przez pani ręce przechodzą?

Spojrzała na mnie zaskoczona. Przyjrzała mi się z uwagą. Uśmiechnęła się.

Czwartego dnia znów położyłem przed nią list. A ściślej mówiąc – pustą kopertę ze zmyślonym adresem.  Bo przecież jakiś pretekst musiałem mieć, by znów przyjść na pocztę. Powiedziałem:

- Wie pani, myślę, że listy w naszym życiu odgrywają ogromną rolę.  Ale nie wiem, które bardziej. Te, na które otrzymujemy odpowiedź, czy te które pozostają bez odpowiedzi.

- Mówi pan jak filozof – spojrzała na mnie z podziwem.

Odtąd codziennie niosłem na pocztę pustą kopertę, na którą Anita naklejała znaczek i wysyłała pod fikcyjnym adresem.

Z dnia na dzień nasze rozmowy stawały się coraz serdeczniejsze i coraz dłuższe, o ile nikt nie stał w kolejce.

Mniej więcej po tygodniu zaproponowałem jej spacer. Odmówiła. Pomyślałem, że należy do tych trudnych do zdobycia kobiet, ale nie rezygnowałem. Nadal wysyłałem swoje puste listy.

Pewnego razu zapytała, do kogo je tak codziennie wysyłam.

- Są różne rodzaje prenumeraty – odpowiedziałem. – Jedni otrzymują gazety, a drudzy życzą mieć sobie listy miłosne w prenumeracie.

Spojrzała na mnie z zachwytem.

- Boże mój, pan jest zakochany? Pan codziennie listy miłosne wysyła!

Nie zaprzeczyłem. Istotnie, chyba byłem zakochany. Ale jeśli byłem, to wyłącznie w niej.

- Ojej, gdyby mój chłopak potrafił list miłosny napisać! – westchnęła rozmarzona. – Jest w wojsku, na misji. Wraca dopiero za dwa miesiące, a ja już tak tęsknię, że zaraz zwariuję. Ale listy to mi pisze takie raczej byle jakie.

Chłopak? Co za chłopak? Nie podejrzewałem istnienia jakiegoś chłopaka.

Jednak nie poddaję się. Codziennie rano patrzę przez lornetkę, jak Anita idzie do pracy, a potem idę na pocztę. Później jadę do pracy, a po powrocie znowu czaję się z lornetką. Początkowo próbowałem walczyć z tym podglądaniem, ale bezskutecznie. To jest silniejsze ode mnie. Raz nawet wyrzuciłem lornetkę przez okno, żeby nie wiodło mnie na pokuszenie. Kilka sekund później pędziłem jednak po schodach, by odnaleźć ją w krzakach. Na szczęście optyka była nienaruszona, pękła tylko obudowa z plastiku.

Ta kobieta stała się moją absolutną obsesją. Ponownie próbowałem się z nią umówić, ale grzecznie odmówiła. Myślę o niej niemal bezustannie. W pracy czekam niecierpliwie aż będę mógł wrócić do domu. Po powrocie patrzę przez okno i odczuwam coś w rodzaju ulgi i spełnienia, gdy postać Anity pojawia się za firanką. Jedno się tylko zmieniło. Nie wysyłam już pustych kopert. Codziennie piszę list miłosny do Anity. I mimo, iż nadal wysyłam wszystkie pod fikcyjnym adresem, jakoś naiwnie i głupio wierzę, że w końcu do niej trafią.

 

 

 

Miłość masz na skórze

Tak niewiele osób wie, dlaczego człowieka można uwieźć pieszczotą…
Już jako mały chłopiec zauważyłem, że dorośli, zanim są zakochani, popadają w potrzebę taką, żeby się dotykać. Przy czym nie są to gesty spokojne i opanowane – stateczne, jak w wieku dorosłych by wypadało. To są dotknięcia niesforne, niegrzeczne i niespokojne. Tylko czasami czułe i delikatne, ale zazwyczaj mocne, zdecydowane i zaborcze, jakby kierował nimi nie rozum, lecz jakaś pazerność niecierpliwa. Nie wiedziałem wtedy, że w tej chciwości przejawia się miłość.
Miłość jest potrzebą bezwzględną – nieokiełznaną chciwością posiadania drugiego człowieka, przejęcia na własność jego ciała i duszy, a nawet jeśli są ludzie, co w dusze nie wierzą, to i tak nie potrafią się powstrzymać od zajęcia miejsc, które są na nie przeznaczone. Pod tym względem miłość niczym nie różni się od pospolitego złodziejstwa, piractwa, zaborów austriackich, rosyjskich i pruskich, a także od zuchwałej kradzieży z włamaniem.
Potem, gdy byłem już większy, spostrzegłem zdumiewającą prawidłowość. Wielka miłość zawsze poprzedzona jest wielkim tarciem. Osoby popadające w zakochanie najpierw muskają się delikatnie, ocierają, z czasem rośnie w nich stanowczość, której towarzyszy wzajemne na siebie natarcie, w jednym celu – wspólnego tarcia, rozcierającego drobiny uczuć po skórze, rozprowadzającego po najodleglejszych zakątkach. Wtedy zrozumiałem jedno. Miłość to nie szczypiorek i nie rośnie w człowieku, jak cebula w ziemi. Przychodzi z zewnątrz – może ze słońca, a może z chmur, może niesie ją wiatr znad łąk, a może halny z gór, a może sztorm znad morza. Tego nie wiem. Wiem tylko, że miłość osadza się na skórze. Jak pył, piach, krople deszczu.
To dlatego człowiek dostaje gęsiej skórki. W chwilach wielkich emocji drobne włoski stają wyprostowane, w pozycji na baczność, przed nagłym uczuciem chcą bronić dostępu do organizmu. Biolodzy mówią, że to reakcja pilomotoryczna, skurcz mięśni przywłosowych, którego celem jest stworzenie warstwy ochronnej, izolującej przed nagłym czynnikiem z zewnątrz. Ale miłość ma swoje sposoby i nie straszne jej są pilomotoryczne reakcje przestraszonego człowieka. Podstępnie sączy mu do ucha pokusy cielesne – „dotnij jego dłoni”, „pogłaszcz jej piersi”, „przesuń dłonią wśród ud, zobacz jak je dla ciebie rozchyla”. I człowiek wyciąga ramiona, obejmuje, ściska i przytula, głupi i niczego nieświadomy, bezwolny niewolnik kosmicznej miłości, wchodzącej przez wszystkie jego otwierające się posłusznie pory – bo właśnie po to ludzie się głaszczą i pieszczą, – by miłość weszła przez skórę do środka.

Dotknij mnie w tym miejscu

„Wiesz, ponoć jeśli człowiek czegoś bardzo czegoś chce, to wszystko się może zdarzyć. To trochę tłumaczy fakt, że jeszcze niedawno Cię nie znałem, a dziś wypełniasz moje myśli tak szczelnie, że nic innego nie jest w stanie się prześlizgnąć. To dziwne uczucie – mam Cię cały czas jakby podkorowo, coś tam sobie robię, coś mówię, a jednocześnie czuję Twoją obecność. Jakbyś siedziała mi w głowie i machała nogami. Myślę, że to jeszcze pół biedy, że siedzisz sobie właśnie tam. Ale co będzie, jeśli krwiobiegiem dotrzesz mi do serca? I stamtąd pomachasz ręką?
- Halo, halo, Piotruś, tu jestem!
Zauważyłaś, że można tak po czyimś organizmie wędrować właściwie bez pytania?
Od razu odwracam sytuację i zastanawiam się, gdzie ja u Ciebie jestem. Sprawdzimy? Pomyśl o mnie. Pomyśl o moich dłoniach, które dotykają Twoich piersi. Poczułaś taki gwałtowny skurcz? Albo falę ciepła? Gdzie? Powiedz. Tam właśnie jestem. Dotknij mnie w tym miejscu.”

Listy miłosne z telefonu

Moja ostatnia Muza kupiła na targu staroci maszynę do pisania i wystukiwała na niej listy miłosne. Uwielbiałem wyciągać je z kopert, spod talerzyka, spomiędzy kartek książki, którą akurat czytałem. Takie listy mają niespotykaną magię i inną moc. Większą, niż wyznania miłości w mailach, nie mówiąc już o esemesach.
Jak ja nie lubię wtrącających się tam automatycznych słowników ortograficznych! Pisałem do dziewczyny, że dość mam świata wirtualnego i chciałbym się spotkać w realu, czyli w rzeczywistości, a głupi słownik zmienił to na Real, sieć supermarketów. No i wymiana smsów wyszła tak:
„Mogę poprosić Cię o pocałunek?”
„Całuję mocno, z nadzieją, że kiedyś w Realu.”
„Mam bliżej do Tesco.”

Dziewczyna zwana Fatamorganą

Wieczór pełen jest czytelnych znaków –błękitny parasol dziewczyny nie przeciąga leniwie ramion na balkonie, lecz czeka przewieszony na krześle, gotów w każdej chwili do wspólnej z nią ucieczki, podobnie jak szal, torebka i rękawiczki. Na domiar złego, nie zdjęła nawet butów, nie ma więc mowy o ciepłym ocieraniu się stopami pod stołem, co – jak wiadomo – kończy się zazwyczaj wspólną wędrówką stóp do łóżka, gdzie zawsze im najlepiej. Buty odgradzają, stoją na przeszkodzie, a wraz z nimi zapora z płaszcza, który leży między nami, złowróżbnie wyszczerzając gotowe do zapięcia guziki.
Patrzę na nią i mówię pełen pretensji: jeśli masz zniknąć, to zniknij fatamorgano, mam za sobą kolejny nie do zniesienia ciężki dzień bez ciebie, od rana nie było cię na poduszce obok, ani pod kołdrą, nie ukryłaś się pod prześcieradłem, ani też pod łóżkiem, nie znalazłem cię w łazience, w pokoju i kuchni, a szukałem wszędzie, bardzo dokładnie, po dwa razy, sprawdziłem nawet na dnie filiżanek, i wytrzepałem torebki po cukierkach, może tam pozostawiłaś po sobie coś słodkiego.
Nie jestem fatamorganą, odpowiada, tylko zwykłą dziewczyną, patrz, to moja dłoń, możesz ją dotknąć. Dotykam, i rzeczywiście dziewczyna nie znika, jej ciepła dłoń zamyka się na mojej i wszystkie czytelne znaki wieczoru stają się nieważne, płaszcz dziewczyny przestaje szczerzyć guziki, a błękitny parasol zamyka się w sobie jak dzień, który zasypia na noc.
Jest pięknie, gdy wyjmuję z dłoni dziewczyny kieliszek po winie i rozpinam pierwszy guzik bluzki, a ona zsuwa buty, bo już nigdzie się nie wybierają.

O tęsknocie

Tylko wychodzisz, a ja już czuję tęsknotę. Powinna pójść za tobą, nic mi tu po niej, wychodzę więc z nią na klatkę schodową, podstępnie w ślad za tobą, po czym szybko cofam się do mieszkania i zatrzaskuję drzwi. Ale podstęp się nie udaje, tęsknota nie zostaje zatrzaśnięta po tamtej stronie, nie szura bezradnie butami na wycieraczce, w drzwi nie drapie jak wyrzucony z domu pies. Znów jest ze mną, po wewnętrznej stronie drzwi i mojej skóry.
Próbuję od niej uciec, ale dopada mnie na każdym kroku. Tęsknię za tobą wszędzie – na kanapie, w łóżku, przy stole, na krześle, w wannie, a nawet pod stołem. W całym domu nie ma takiego miejsca, w którym bym za tobą nie tęsknił.

Wyrzut sumienia w sklepie warzywnym

W sklepie warzywnym starsza pani wybiera jabłka. Powoli, starannie, każdemu się przyglądając z uwagą. Wzięła cztery, po chwili, z wahaniem, jedno odkłada z powrotem. Prosi jeszcze o szczypiorek, płaci trzy dwadzieścia i wychodzi, kłaniając się uprzejmie.
- To poetka – mówi sprzedawczyni do następnej klientki. W jej głosie brzmi duma, bo nie w każdym sklepie warzywnym kupują poeci.
- Poetka? – dziwi się klientka. – Nawet nie wiedziałam, że poeci jeszcze istnieją.
- No, a Szymborska?
- Już nie żyje.
- A ten ksiądz, jakże mu tam? Tischner? – sprzedawczyni nie daje za wygraną.
- Też nie żyje.
Zapada chwila kłopotliwego milczenia.
- No ale ta jeszcze żyje – wraca do tematu sprzedawczyni.
- Może to ostatnia.
Znowu milczenie.
Po czym sprzedawczyni:
- A ja ten szczypior taki zwiędnięty podałam.

KRÓTKA HEREZJA O MIŁOŚCI

Dawno, dawno temu, jeszcze przed wynalezieniem człowieka, anioły mogły obcować ze sobą cieleśnie. Dotykały się ustami, by tchnąć w siebie oddech, a wraz z nim swoją moc, bogactwo jawy oraz proroctwo snów. Komunikowały w ten sposób, wymieniały się marzeniami, zaspakajały pragnienia.
Potem pan Bóg wymyślił człowieka. Na samym początku człowiek żył z aniołami i od nich nauczył się wszystkiego, łącznie z oddechem, który zawierał myśli, obrazy, muzykę, poezję.
Tak powstała radość. Ale była zbyt silna – mocniejsza od pana Boga, który poczuł zazdrość. Postanowił stworzyć coś potężniejszego i do głowy przyszedł mu smutek. Rozdzielił ludzi od aniołów.
Do dziś człowiek usiłuje je sobie przypomnieć i wiecznie tęskni. Gdy znajdzie kogoś, kogo pokocha, dotyka go ustami, tak jak to było w zwyczaju u aniołów. I czuje człowiek z tego powodu przyjemność, chociaż sam nie wie dlaczego.
I to się nazywa miłość.

„Dom tęsknot” – już w księgarniach

10670079_763496920355687_4869871199435400548_n

Przypowieść o fantazji seksualnej

 

Opowiem wam dziś historię totalnie nieromantyczną.

(Rozwiniętą znajdziecie w zbiorze opowiadań, który powinien się ukazać w następnym roku).

Poznałem dziewczynę, niby normalna sprawa, ale jednak za każdym razem na swój sposób wyjątkowa. Tydzień, dwa tak sobie gadamy o wszystkim, a w końcu powstaje między nami ten charakterystyczny rodzaj napięcia, który nieuchronnie musi doprowadzić do wyładowań niekoniecznie elektrycznych. Pytam ją zatem, czy ma jakaś niezrealizowaną fantazję, a ona odpowiada, że chciałaby być pieszczona, mając związane ręce i zasłonięte oczy. Ewentualnie w pokoju tak ciemnym, żeby nie było nic widać.

Niemal każda dziewczyna, którą do tej pory pytałem o niezrealizowaną fantazję, też chciała być związana, zdumiewające, że każda ma taki brak seksualny, zupełnie jakby ich dotychczasowym facetom nie chciało się kupić sznurka. Ale ja chcę być lepszy, więc jadę do Castoramy zainwestować w seks mojego życia. Mogłem pojechać do Praktikera, mam nawet bliżej, ale Praktiker nie wydawał mi się tak podniecający. A ja mam już ochotę jak diabli, tym bardziej, że też jeszcze nie kochałem się w ten sposób, prawdopodobnie dlatego, że sznurek zawsze wydawał mi się krępujący.

Oglądam te wszystkie motki, ale większość to jakieś szpagaty, przykładam je do przegubów dłoni i stwierdzam, że cienki sznurek może być niebezpieczny, zwłaszcza jak już dziewczyna będzie dochodzić. Sporo jest linek plastikowych, ale wydają mi się za szorstkie. Są też gładkie, do wieszania prania, ale jakieś takie nie seksowne w dotyku. W końcu znajduję odpowiednią linkę, ale niestety nie da się kupić kawałka, więc biorę cały zwój – 25 metrów, i wiozę do domu, zupełnie jakbym miał zamiar zrobić z dziewczyny zawijaną roladę.

Odcinam cztery kawałki, przywiązuję do poprzeczek łóżka, opuszczam rolety, wykręcam żarówki z nocnych lampek, żeby jasność nie wiodła nas na pokuszenie i czekam, ćwicząc najmocniejszy węzeł żeglarski.

No i przyjeżdża. Najpierw ładnie się całujemy, długo i namiętnie, uwielbiam całowanie jako element gry wstępnej, po kwadransie usta mamy już tak gorące i suche, że grożą pożarem, więc biorę dziewczynę za rękę i nareszcie biegniemy do sypialni. Po drodze zrzucam z siebie ubranie, zostaję jednak w bokserkach, żeby nie eksponować zanadto reakcji organizmu. W sypialni ciemność absolutna, ale udaje nam się dotrzeć do łóżka bez przewracania krzeseł.

Po chwili ona już leży i czuję jak dygocze z podniecenia, tym bardziej więc trzęsą mi się ręce, gdy do przegubów rąk oraz kostek jej nóg przywiązuję sznurek. Wszystko jest tak, jak sobie zaplanowaliśmy, więc zrzucam bokserki i kładę niecierpliwe dłonie na udach dziewczyny.

I… ja pierdolę! Dopiero teraz zdaję sobie sprawę z tego, że nie zdążyła się rozebrać. Rozpaczliwie rozpinam jej spodnie, ale to przecież bez sensu, bo ich z niej nie ściągnę, skoro jedna noga przywiązana do jednej poręczy, a druga do drugiej. Po chwili zauważam, że z podobnej przyczyny nie zdejmę także biustonosza. Porażka.

Sięgam do węzła i próbuję go rozplątać, no trudno, za chwilę zawiążę z powrotem, ale to dobry węzeł żeglarski, po ciemku nie dam mu rady. Zastanawiam się gorączkowo, gdzie schowałem żarówki. W szafce nocnej? Wychylam się z łóżka i otwieram szufladę. Szlag! Zbyt nerwowo, szuflada leci na podłogę, coś się rozsypuje. Wstaję i słyszę jakieś chrupnięcie, czując równocześnie potworny ból. Rozdeptałem tę cholerną żarówkę! Podskakując na jednej nodze docieram do przedpokoju, zapalam światło i aż słabo mi się robi. Kawałki cienkiego jak żyletka szkła wystają ze stopy, krew się leje, robi mi się słabo, na pewno umieram, jak każdy facet na wojnie ciężko ranny w stopę. Kuśtykam do łazienki i szukam pęsety, żeby te cholerne kawałki szkła wyciągnąć, ale niby dlaczego w taki pechowy wieczór mam sobie przypomnieć, gdzie schowałem pęsetę.

Opadam więc na sedes i czuję, że zaraz niebohatersko się rozpłaczę – tam w pokoju leży dziewczyna piękna jak marzenie i gotowa na wszelkie pieszczoty, a ja tu siedzę na kiblu z poharataną stopą…

No ale przynajmniej w końcu wiem, dlaczego tak mało mężczyzn ulega kobiecej fantazji ze sznurkiem.