Nie całuj dziewczyny na moich oczach bo mnie zabijesz

Chyba mógłbym zostać psychologiem, a być może nawet terapeutą, albowiem by człowieka wyleczyć z trapiącej go dolegliwości, trzeba mu ją najpierw wymyśleć. Wszyscy słyszeli o depresji jesiennej lub wiosennej, a ja właśnie wymyśliłem depresję wakacyjną.  Nazwałem ją wakacyjną depresją singla.

 Wakacyjna depresja singla przychodzi niespodziewanie. Wystarczy, że pójdziesz na spacer do parku i zobaczysz pary przytulające się na ławkach, całujące się za drzewami, turlające się na kocach; wtedy ogarnia cię wrażenie, że każdy kogoś ma i wszyscy wokół są zakochani. Potem to spostrzegasz na każdym kroku. To jest dokładnie tak jak było wtedy, gdy twoja ostatnia dziewczyna powiedziała ci, że trzy dni temu powinna dostać okres; dookoła wówczas widzisz same dziewczyny w ciąży. Tak jak teraz widzisz zakochanych. Na przystankach, w autobusach, w sklepach. Chłopców, którzy są ze swoimi dziewczynami, mężczyzn, którzy są u boku swoich kobiet. A gdy wybierzesz się do kina, gdy nieroztropnie pójdziesz tam sam, wtedy już wiesz, że najprawdopodobniej jesteś jedynym samotnym mężczyzną na świecie.

Kino jest dla singli okropne, można ich tam zliczyć na palcach jednej ręki. Czasami wystarczy sam kciuk i wtedy to jestem ty. Zazwyczaj masz wrażenie, że tylko jesteś w kinie bez pary i wszyscy się na ciebie patrzą. O, mówią dziewczyny do swoich chłopaków i kobiety do swoich mężczyzn, zobacz jaki facet tam siedzi: sam, pewnie żadna dziewczyna go nie chce. Masz rację, odpowiadają ich towarzysze, pewnie musi być okropny i chociaż najbrzydszy nie jest, to na pewno ma masę ukrytych wad. A ty siedzisz sam wbity w ten fotel i wyliczasz wszystkie swoje wady, niektóre wcale nie tak głęboko ukryte, a nawet całkiem na wierzchu.

Do kina nie ma sensu iść samemu, tak jak na dwuosobowy rower wodny lub huśtawkę. Jeśli o mnie chodzi, to dla singli powinno być zakazane. Bileter powinien mieć zakaz wpuszczania do kina ludzi bez pary, zakaz poparty ustawą zatwierdzoną przez parlament wysokością co najmniej trzech czwartych głosów i podpisaną przez prezydenta. W trosce o zdrowie psychiczne takich ludzi jak ty.

Podobnie z całowaniem. Jak widzisz całującą się parę, ogarnia cię smutek głęboki, a tęsknota łapie za gardło, zaciska mocną dłoń na przełyku, dusi jak kamień nagrobny złożony za życia na piersi. Wydaje ci się, że każda całująca się publicznie para ma od razu grono potencjalnych samobójców na swoim sumieniu. Ciebie będą mieć na pewno.

Publiczne całowanie powinno być traktowane przynajmniej jako wykroczenie drogowe, np. parkowanie w niedozwolonym miejscu, za które nalicza się punkty karne. Za dwadzieścia jeden punktów karnych całowanie byłoby odbierane i trzeba by zdawać egzamin z teorii. W przypadku recydywy należałoby zdać ponownie cały egzamin dojrzałości, ze szczególnym uwzględnieniem geometrycznych funkcji wielomianów.

Równie trudne jak kino są dla singli wakacje. W zeszłym roku pojechałeś z przyjaciółmi nad jeziora. Było was pięcioro, dwie pary i ty. Nie miałeś pojęcia, ile codziennych sytuacji daje się samotnym we znaki. Chociażby takie smarowanie olejkiem do opalania. Jak człowiek jest w parze, to jedno drugiemu plecy posmaruje.  A ty już na drugi dzień miałeś całe czerwone.

Albo zachód słońca. Ludzie siedzą na plaży, trzymają się za ręce, patrzą. Wiatr zaplata dziewczynom włosy. Jest romantycznie. A ty siedzisz obok i niby też patrzysz, ale jest ci smutno, a nie romantycznie. Romantyzm nie jest dla ludzi, którzy na zachód słońca patrzą w pojedynkę.

Kiedy słyszysz, że ktoś o tobie mówi, iż jesteś sam jak palec, ogarnia cię wściekłość. Co za debil wymyślił to porzekadło o samotnym palcu? A teraz tyle osób to bezmyślnie powtarza. Jakże byś chciał zamienić samotność swoją na samotność palca. Palca, który ma czterech towarzyszy w jednej ręce i w każdej chwili mogą bębnić razem po stole.

 


yours 2012-05-28 10:57:06
skomentuj (6)
Maseczka z buraka, czyli na twarzy kobiet absolutna draka

Wieczór ziewa zaraźliwie, a noc powoli ścieli sobie łóżko, ciemnogranatowa poszwa jest już rozłożona na całym niebie; Alicja zapala księżyc i mówi, żebym został. Waham się, bo trochę jest romantycznie i chyba mam ochotę zostać, mimo jej papilotów, palenia papierosów w łóżku i faktu, że z rozmiaru 36 na fotografii rozrosła się do 42 w rzeczywistości. I mimo tego, że wczoraj kładła się spać z maseczką na twarzy, która fosforyzowała w ciemnościach. Spaliście kiedyś z kobietą, która fosforyzuje? Albo ma na twarzy pokrojonego w plasterki ogórka?

W dekorowaniu twarzy artykułami spożywczymi Alicja jest bezkonkurencyjna. Kilka dni temu wchodzę do sypialni, a ona leży posmarowana rozgotowanymi ziemniakami. Zapach jak stołówce studenckiej. Albo rozbija jajko, oddziela białko od żółtka, miesza z czymś to białko, nakłada na twarz i tak mnie straszy pół godziny. Oddycham z ulgą jak ona to zmywa, ale okazuje się, że radość jest przedwczesna. Alicja robi to samo z żółtkiem, a ja na wszelki wypadek wyrzucam do kubła pozostawione na stole skorupki. Nie chcę kochanki w skorupkach.

Ale i tak Alicja mi się podoba, chociaż może już nie tak bardzo jak jeszcze trzy tygodnie temu, pierwszego naszego wspólnego poranka, gdy płatki owsiane jadła na śniadanie, a nie nakładała je na czoło i policzki.

- To się bierze do buzi, a nie na buzię – próbowałem jej wyjaśnić, ale bezskutecznie.

Raz, jak od maseczki z awokado wyskoczyły jej dwa pryszcze, to na drugi dzień nałożyła maseczkę z cebuli.

- Przeczytałem, że to dobre na trądzik młodzieńczy – powiedziała przez łzy, bo cebula piekła ją w oczy.

- Alicjo – załamałem ręce – ty masz trzydzieści dwa lata, nie możesz mieć trądziku młodzieńczego.

- Głupi jesteś, nie znasz się – odrzekła, płacząc.

W zasadzie nie ma chyba warzywa, którego Alicja nie byłaby gotowa rozsmarować sobie na twarzy. Co gorsze, nigdy nie wiedziałem, co poza warzywami może jej się przydać.

Chcę na śniadanie zrobić sobie kromkę chleba z miodem.

- Gdzie miód? – pytam.

- Mam na twarzy – wyznała przez zaciśnięte w miodowej skorupie usta. -  Kurze łapki mi się zrobiły przy oczach.

Patrzę na nią, żadnych łapek nie widzę. Boli mnie głowa, szukam aspiryny.

- Gdzie aspiryna? – pytam.

- Nie ma. Zrobiłam sobie maseczkę.

Uwierzylibyście? Maseczka z aspiryny? To nie mogła wziąć polopiryny C, która jest o połowę tańsza, a na dodatek zawiera witaminę? Przynajmniej oszczędziłaby wówczas ostatnią cytrynę, którą chciałem wziąć do herbaty. Bo cytryna, oczywiście, też została zużyta na maseczkę. Zresztą, herbaty także nie ma, bo poszła na opuchnięte od tamtej cebuli powieki.

Z przerażeniem uświadomiłem sobie, że nie jestem w stanie wymyśleć sobie produktu, którego Alicja nie położy sobie na twarz. Chciałem sprawdzić, jak daleko może być posunięty jej ekologiczny obłęd. Zacząłem wrzucać w internetową wyszukiwarkę najbardziej absurdalne pomysły, jakie mi przyszły do głowy. Okazało się, że to nie tylko Alicja jest obłąkana. Kobiety są gotowe położyć sobie na twarz wszystko. Maseczka z selera? Jest. Z marchewką odświeża skórę, a z jogurtem niweluje zmarszczki. Z fasoli? Jest. Ujędrnia skórę. No to może z buraka nie ma? A gdzieżby tam. Z buraka też jest. Odmładzająca. A z banana? Też jest! Łagodzi podrażnienia, poprawia elastyczność.

Próbowałem wymyśleć coś najbardziej absurdalnego, coś, czym nikt przy zdrowych zmysłach by się nie posmarował. Szpinak! Nie wierzę, żeby poza przedszkolem ktoś był gotów smarować się szpinakiem. Sprawdzam w googlach. Pudło.  Szpinak wciera się nawet we włosy. Szukam czegoś bardziej niedorzecznego. Marchewka z groszkiem. Moje znienawidzone danie ze szkolnej stołówki. Nie ma opcji, żeby dobrowolnie można nałożyć sobie marchewkę z groszkiem nie tylko na talerz, ale i na głowę. Sprawdzam… Jest, cholera. Nawet gotowe, w tubie sprzedają, jako serum modelujące owal twarzy.

Sprawdziłem jeszcze kilka innych niedorzeczności takich jak serek homogenizowany, rabarbar, agrest i czarna porzeczka. Tuziny przepisów na różne maseczki! No to może koperek? Dżem? Marmolada? Szok, wszystko się nadaje na maseczki! Nawet nutella i ciasto naleśnikowe!

Boże, kryzys na świecie, a tu tyle jedzenia tylko do smarowania służy! To tak nie może być przecież, żeby tyle dobra się marnowało. Alicjo, mówię, wczoraj natarłaś się gotowanym łososiem z cytryną, który miał być na kolację, a teraz masz na twarzy nasze śniadanie, naleśniki z nutellą, chodź podziel się ze mną, nic nie jadłem od wczoraj. Ale Alicja ucieka przede mną jak menu z domowej restauracji, a ja mam ochotę złapać sztućce i pobiec za nią, nim zdąży rozmazać na sobie dzisiejszy obiad, ziemniaki z buraczkami i filetem z indyka, być może skutecznym w likwidacji kurzych łapek, które zostawiają niewidoczne dla mnie ślady.

  


yours 2012-05-10 21:09:14
skomentuj (16)
Dziewczyna z ogłoszenia

Wczoraj spotkałem mojego przyjaciela Jacka. Z nową dziewczyną! Śmiali się, że z ciekawości dał ogłoszenie towarzyskie, a ona z ciekawości odpisała.

Całą noc nie mogłem zasnąć. Przewracałem się z boku na bok, strasznie mnie myślenie o Jacka dziewczynie uwierało. Postanowiłem spróbować. Najpierw jednak zacząłem się zastanawiać, jaką kobietę chcę znaleźć.

Może blondynka. Raczej szczupła, drobna, z filigranowymi piersiami. No, ale jakby była brunetka z okazałym biustem? Hm. Też by było miło. Może nawet bardziej, zwłaszcza w kwestii przytulania się. No dobra, czyli blondynka lub brunetka, biust mały lub duży. To już jest jakiś punkt wyjścia do poszukiwań. Ale ruda też by mogła być. Rude mają coś w sobie. Coś, co kręci facetów. No to blondynka, brunetka lub ruda. Hm. Bez sensu, bo to znaczy, że każda, byle nie łysa. Poza tym może być farbowana przecież. Człowiek poznaje blondynkę, umawia się na spotkanie, a przyjeżdża brunetka. Nie, kolor włosów nie ma w tej sytuacji znaczenia.

Biust też nie ma znaczenia. Bo lubię mały, ale i duży ma swoje zalety. Mały mnie rozczula, a duży działa kojąco. Może więc być mały lub duży. Lubię być rozczulony, tak jak lubię być ukojony.  W zasadzie, to najlepszy były zatem średni. Raz by mnie rozczulał, raz by mnie koił.

W kwestii budowy ciała nie mam na szczęście żadnych dylematów. Jakoś tak się dziwnie składa, że trzy czwarte kobiet, które zdążyłem zobaczyć na zdjęciach, raczej nie ma nadwagi. Nie wiem, może rzeczywiście jak chcą wyjść za mąż to dbają o linię, a może odchudzają się w fotoshopie?

O, wzrost chyba jest istotny. Ja mam 172 cm, jak na faceta to za mało. Ważne więc, żeby nie miała więcej niż 170 cm. Chociaż, taki aktor jest i reżyser, Woody Allen. Wszystkie jego kobiety są wyższe o głowę. Może to fajnie by było mieć taką wysoką? Jak ostatnio byłem w markecie, to nie mogłem dosięgnąć do najwyższej półki, potrąciłem słoik i się zbił. A tak, to by mi dziewczyna ściągała. W sumie, może być wyższa.

Jestem więc w punkcie wyjścia. Blondynka, ruda lub brunetka, z biustem małym, średnim lub dużym. Mojego wzrostu, niższa lub wyższa.

No dobra, to znaczy, że wygląd fizyczny mojej dziewczyny dla mnie się nie liczy? Liczy się, po prostu ma być taka miła z urody. O, uśmiechnięta. Tak, koniecznie musi być uśmiechnięta. Lubię, jak dziewczyna się uśmiecha. Ponurej żony nie chcę. Zresztą, kto by chciał ponurą. Sęk w tym, że jak tak patrzę na te zdjęcia w ogłoszeniach, to one wszystkie się uśmiechają, nie ma ani jednej, która by się nie uśmiechała. Człowiek zazwyczaj się uśmiecha do zdjęcia, a już zwłaszcza kobieta. Jak tylko na jakimś zdjęciu jest bez uśmiechu, to wiadomo, że na następnym już będzie z uśmiechem.

Hm. Blondynka, ruda lub brunetka, z biustem małym, średnim lub dużym. Mojego wzrostu, niższa lub wyższa. Z uśmiechem lub bez. Nie, to bez sensu. Tak do niczego nie dojdę. Postanowiłem, że trzeba po prostu zacząć szukać, a wówczas się zobaczy. Ważne, żeby była w miarę inteligentna i sympatyczna. Przy czym może być bardziej sympatyczna niż inteligentna, bo ja chyba też jestem bardziej sympatyczny niż inteligentny.

 


yours 2012-04-22 19:40:14
skomentuj (26)
Paczka z zagranicy

 Tydzień temu Kasia wyjechała na Święta do rodziców, a dziś dostałem od niej zapowiedzianą wcześniej paczkę, taką prawdziwą, przywiezioną przez kuriera i obwiązaną sznurkiem. Prawdziwa paczka musi być obwiązana sznurkiem, wtedy wiadomo, że to domowa paczka do osobistego użytku, a nie np. plik książek do zrecenzowania w pudle oklejonym taśmą przezroczystą. Kasie jest romantyczna, więc byłem pewien, że w środku znajdę jakieś materialne środki wyrazu, które kolejny raz to potwierdzą, jak na przykład butelka czerwonego wina, takiego samego, jakie piliśmy w Gdańsku, tomik poezji lub wciąż poszukiwana przeze mnie płyta The Brandt Brauer Frick Ensemble, zespołu, którego jestem fanatycznym wyznawcą, a na dnie lub skromnie w rogu ukryta będzie jej przez kilka dni noszona koszulka, którą mi w mailu obiecywała.

Wniosłem paczkę od razu do sypialni i zostawiłem na łóżku, otworzę sobie wieczorem, będę miał sny kolorowe, słodkie i pachnące. Przez dzień nawet o niej zapomniałem, więc gdy kładłem się spać wieczorem, znów miałem miłą niespodziankę. Wyjąłem scyzoryk, przeciąłem sznurek i zabrałem się do najbardziej ekscytującej czynności – powolnego odwijania papieru, pod którym otwierało się już pudełko pełne cudownej zawartości.

Najpierw poczułem zapach, silny, zdecydowany i organiczny, ale nie mógł być to jednak zapach koszulki należącej do Kasi, chyba, że nosiła tę koszulkę przez dwa miesiące. Zaintrygowany jeszcze raz pociągnąłem nosem. Nie, to nie Kasia, to chyba pasztet. Zacząłem wyjmować podarunki ze środka. Słoik z sałatką warzywną, trzy jajka gotowane, pomalowane akwarelami, chleb razowy, pieczony schab, żurek w słoiku, a w środku utopiona kiełbasa biała, pęto jałowcowej, no i rzeczywiście – domowej roboty pasztet. Był też list: „ Kochana Siostrzyczko, mama przesyła Ci kilka domowych produktów na Święta, mam nadzieję, że chleb nie okaże się już czerstwy, myślimy o Tobie, przyjedź do kraju jak tylko będziesz mogła, Smacznych Świąt (pasztet sama robiłam), Katarzyna”.

Chciałbym zobaczyć minę Kasi siostry, gdy otworzy paczkę i - pośród rzeczy przeznaczonych dla mnie – znajdzie jej lekko używaną koszulkę. Mam nadzieję, że jednak będzie to koszulka, a nie majteczki.

****

Paczka. O rety, ale mi się zaczęło przypominać, zupełnie jak na tym filmie, który się widzi kilka sekund prze śmiercią!

****

Najważniejszy dzień przed Świętami był dniem, w którym przyszło awizo. Zawsze spodziewaliśmy się go już wcześniej, więc było wypatrywane i wyczekiwane; w porze listonosza zbiegaliśmy z siostrą na zmianę, skacząc co dwa schody, sprawdzając, czy aby już go nie ma. Wiedzieliśmy, że będzie, awizo było nieuchronne jak wigilia lub Wielki Piątek, musiało nadejść, chociaż nie zaznaczono go w kalendarzu zaznaczone żadnym kolorem.

Gdy w końcu któreś z nas wyciągało je ze skrzynki, wiadomo było, że za parę godzin zacznie się prawdziwe Święto; nie zapowiadała go ani pierwsza gwiazdka, ani kolędnicy, ani pochód jajek święconych w koszyczkach; zawsze poprzedzało je awizo z magicznym słowem: „Paczka”.

Biegło się wówczas do domu jak najprędzej, wrzeszcząc od połowy drogi „mamo, mamo, ubieraj się, idziemy a pocztę, od wuja Richarda paczka przyszła!”. Mama nigdy nie sprawiała nam zawodu, zostawiała każdą robotę, choćby najpilniejszą, jak mieszanie farszu na pasztet albo lepienie pierogów, rzucała wszystko, zakręcała gaz pod garnkami i wyłączała piekarnik, brała dowód osobisty, zarzucała w pospiechu płaszcz i już pędziliśmy po schodach. Wyciągała rower z piwnicy, bo paczkę do domu wiozło się na rowerze, kładąc na bagażniku. Ojciec zazwyczaj był wtedy w pracy, więc nie mogliśmy jechać samochodem, a zresztą, nawet jeśli byłby w domu, to i tak byśmy szli z rowerem na piechotę, bo samochód trzymaliśmy w garażu odległym o pięć kilometrów, bliższego nie było. Auto ojciec wyciągał jedynie w pogodne weekendy, by je pod domem reperować.

Szliśmy więc zawsze na piechotę; przodem, podskakując, moja starsza siostra, tuż za nią ja, kopiąc po drodze wszystkie kamienie, a na końcu nasza mama z rowerem. Jakież to były oczekiwania po drodze, ile domysłów i niepobożnych życzeń! Może wuj w tym roku posłał to, a może tamto, a pamiętasz, co w zeszłym roku? Ależ to dobre było, szkoda, że tak mało, ale tym razem równo się podzielimy, nie tak jak ostatnio, kiedy ty dostałeś więcej. Ja? Ja dostałem więcej? No przestań, mamo powiedz jej, niech przestanie, to ona zawsze dostaje więcej, bo mówi, że jest starsza i jej się należy, a potem i tak przychodzi jeszcze do mojego pokoju i mi wyjada. Dzieci, przestańcie, prosiła mama, zawsze musicie się kłócić, jak nie przestaniecie, to nie otworzymy dziś paczki, schowam w szafie i wyjmę dopiero na Święta.

Jakaż to była groźba niezwykle skuteczna! Milkliśmy więc natychmiast przerażeni wizją paczki nieotwartej, wsadzonej do szafy, w mroku między ubraniami aż do Świąt czekającej. Szliśmy już grzecznie, wspominając już ze spokojem dary ubiegłoroczne, z rozmarzeniem je komentując.

Po kwadransie byliśmy na poczcie, ustawialiśmy się w koleje takich jak my szczęśliwców i przylepiając nosy do szyby próbowaliśmy odgadnąć, która przesyłka będzie nasza. Może ta z brzegu, wygląda na bardzo ciężką, albo tamta w środku, jest taka duża, tak, to mogłaby być ta, jest największa ze wszystkich. Nie, no coś ty, tamta na samej górze jest największa, to na pewno będzie tamta, zobaczysz. Tamta? Chyba żartujesz, chcesz się założyć? Dobra o czekoladę z orzechami? A jak wujek nie przysłał z orzechami? Coś ty, przysłał, przysyła  z orzechami. Ale ostatnio nie było. Jak to nie było, pamiętam, że była. To chyba wyjadłaś całą, mamo ona ostatnio wyjadła całą czekoladę z orzechami!

W końcu następował moment decydujący. Matka wręczała zieloną książeczkę dowodu osobistego, a w nim awizo. I patrzyliśmy z napięciem, co się będzie działo. Pani, siedząca po drugiej stronie okienka, skrupulatnie sprawdzała dowód, a potem awizo, szukała czegoś w zeszycie, gdzie miała notatki robione ołówkiem, po czym wstawała, by na krótko zniknąć w labiryncie paczek. Wreszcie wychodziła, niosąc ją oburącz.

 Nasz jęk zachwytu. Nasza paczka! Jaka duża! Potem oburącz niosła ją matka, a myśmy dopytywali, czy zawartość jest obiecująco ciężka. A dalej wszystko toczyło się już jak w filmie sensacyjnym z bardzo wartką akcją. Na bagażnik. Przywiązać sznurkiem. Matka za kierownicę. Prowadzi. Ja z jednej strony bagażnika. Siostra z drugiej. Asekuracja. I szybko do domu. Mamo, mamo. Czemu tak powoli idziesz?

A domu to już był dziki szał. Tu, ją postaw, tu na stole! Daj nożyczki! Gdzie są nożyczki! Przecież ty ostatni używałeś! Ja? Chyba zwariowałaś? Po co miałbym brać nożyczki! Przestańcie, bo schowam paczkę do szafy!

I znowu potulne milczenie.

Poczekaj, nie gryź tego sznurka, przenieś lepiej nóż z kuchni.

Nie tnij go tak, nie tnij na takie kawałki, cały niech będzie, sznurek może się przydać. No i pociął, skaranie boskie z tym chłopakiem, dobrze, że ojciec tego nie widzi, taki dobry był ten sznurek.

No i jeszcze tylko papier, raz dwa, na strzępy i już jest Eldorado!

Zapach, zapach był zawsze na samym wierzchu. Słodki zapach bogatych Niemiec; luksus i dostatek pachnący mieszanką proszku Persil, płynu Lenor, mandarynek, prawdziwej kawy i korzenną wonią wypraw do odległych krajów.

Zaczynało się pełne celebry wyciąganie. Na górze były podarunki lekkie. Najpierw coś z odzieży. Koszula dla ojca, bielizna dla mamy, a czasem sukienka; dla mnie skarpetki i winylowa płyta Rolling Stones, Led Zeppelin lub Deep Purple. Zazwyczaj była też płyta dla mamy - Edith Piaf lub gwiazdy hitlerowskich Niemiec o nazwisku Zarah Leander, które mama wymawiała z rozmarzeniem i brzmiało jak oleander.

Potem były rarytasy. Czekolady, marcepany i migdały, cukierki, żelki i rodzynki, pierniczki, wafelki i kandyzowane owoce. Lukrecje. Budynie. Galaretki. Guma do żucia. Co za głupota, mówił mój ojciec, sprzedawać produkt spożywczy, którego nie można zjeść.

Pod spodem ciężka artyleria na święta. Puszki z brzoskwiniami i ananasem. Kilka pomarańczy. Kawa, herbata, kakao, przyprawy, zupy w proszku Knorr, zupełnie u nas nieznane, keczup, cienkie winerki w słoiku, pyszne na świąteczne śniadanie albo z makaronem, a na koniec - proszek do prania (Persil) i płyn do płukania (Lenor), w małych opakowaniach, takich w sam raz, by tylko pachnieć na święta.

Zawsze były też szokujące niespodzianki. Piórnik z zawartością wskazującą, że do szkoły można nosić piękne przedmioty, dezodorant (Rexona), woda po goleniu (Sir albo Tabac), mydło Fa, szampon, płyn do kąpieli, a nawet takie wynalazki jak suchy szampon - proszek, który sypało się we włosy, wcierało ręcznikiem, potem się z tego otrzepywało i nie trzeba było myć głowy.

Z tą gumą do żucia, kiedy ją pierwszy raz dostaliśmy, to był jednak problem. Nawet na początku lat siedemdziesiątych nikt z nas nie wiedział, jaki przekaz kryje się w napisie „Chewing gum”. Były opakowania, bardzo ładne i apetycznie pachnące, owocami lub miętą, ale nie było instrukcji obsługi. Matka czytała po wielokroć wszystkie słowa wydrukowane na papierkach, ale nic z nich praktycznego nie wynikało. Trochę tej tajemnicy wuj przysłał – dwa opakowanie (jedno „Spearmint”, drugie „Juicy fruit gum”) po dziesięć paczuszek, a w każdej dziesięć listków. Z początku, przez tydzień, matka ich nie pokazywała, przerażona wyuzdanym wyrazem „spearmint”. Schowała w pudełku, wśród rzeczy codziennych, ale nam zakazanych i niedostępnych, takich jak żyletki Wilkinson (też z paczek), zakrzywione nożyczki do usuwania fastryg, poduszeczki z igłami i luzem kupowane prezerwatywy, netto, bez opakowania

Żaden z sąsiadów też nie miał pojęcia, do czego to może służyć, więc przez wiele dni matka eksperymentowała. Najpierw w kubkach zalała wrzątkiem i piliśmy ten wywar tak jak herbatę. Potem pomyślała, że to coś do sosów i spożywaliśmy gumę do żucia z mięsem (tą miętową), lub w formie polewy z cukrem (Juicy fruit gum) do ryżu z jabłkami lub makaronu na słodko. Czy ktoś w Polsce jadł makaron z owocową gumą do żucia? Ja jadłem. Siostra też, bo inaczej nie wyszłaby na dwór.

Najprościej byłoby do wuja zadzwonić i zapytać, ale nasza rodzina stanowiła wtedy cywilizacyjną większość pozbawioną telefonu. Zapytała więc w liście i tak po dwóch tygodniach otrzymaliśmy odpowiedź, że to jest guma do żucia. Gryziesz, gryziesz i gryziesz, a na koniec nie połykasz, tylko wypluwasz. Nowoczesny wynalazek taki.


yours 2012-04-06 22:05:36
skomentuj (16)
Tymczasem kury są szczęśliwe

Pyta mnie, czy jestem szczęśliwy. Nie wiem co odpowiedzieć. Jak leżę obok niej, to tak. A poza tym, poza leżeniem obok niej, to nie wiem.

    Nie jest tak, żebym wyraźnie czuł, jak opisują to w książkach „szczęście rozpierało go od środka”, nie, nie, nic mnie od środka nie rozpiera, w ogóle nie czuję, żebym miał jakiś środek, czasami tylko burczy mi w brzuchu. Nie czuję zatem od środka żadnego szczęścia, co gorsza na zewnątrz też nie czuję. A szczęście wyczuwalne od zewnątrz byłoby chyba dość wyraźne, coś jak deszcz wiosenny na wyciągniętej dłoni.

    Ale czy z powodu tego, że nie czuję się szczęśliwy, mogę powiedzieć, że jestem nieszczęśliwy? Nie, na pewno nie jestem, absolutnie nie mogę powiedzieć, że jestem nieszczęśliwy. To chyba jednak za mało, żeby czuć się szczęśliwym. Chociaż, jak ktoś ma np. wypadek, z którego wychodzi cało, to mówi się, że miał szczęście. Może jednak rzeczywiście szczęście polega na braku nieszczęścia?

    Tak sobie myślę o tym stojąc przed otwartymi drzwiami lodówki. Oglądam opakowanie z napisem „Jaja od kury szczęśliwej”. To teraz modne, żeby kury były szczęśliwe. Z ludźmi się nie udało, to może z kurami się uda. Cała Unia Europejska jest za tym, żeby kury były szczęśliwe. Grecy, na ten przykład, już byli, teraz kolej na drób.  Do Polski przyszły zatem unijne zalecenia dotyczące hodowli. Kura ma mieć więcej przestrzeni życiowej a także grzędę, przy czym minimum 15 cm grzędy na każdą kurę. Grzęda w systemie filozofii życia codziennego kury jest istotna, czego dowodzi nawet polskie przysłowie: Daj kurze grzędę, a ona na to: „jeszcze wyżej siędę!” Nie bardzo rozumiem, o co w tym przysłowiu chodzi, ale się domyślam, że kura jest ambitna zawodowo. Poza tym wcale kurom nie zazdroszczę, chociaż byłoby dobrze, gdyby UE wydała też stosowne regulacje w sprawie warunków mieszkaniowych człowieka. Może nawet wolałbym, żeby najpierw zajęła się ludźmi, a tuż potem kurami.

    Ale nie marudzę wcale, bo dzięki Unii Europejskiej pojawiło się więcej szczęścia na świecie. Świat powinien być zadowolony, najlepiej jakby od razu cały był szczęśliwy, albo przynajmniej w jakiejś wyraźnej większości, jednak jeśli tak od razu cały być nie może, to przynajmniej mamy szczęśliwe kury na dobry początek.

     Stoję przed tą lodówką, oglądam jajko od kury szczęśliwej i trochę mi nieswojo. Zaczynam mieć wyrzuty sumienia. Przedtem, gdy jadłem jajka od kur nieszczęśliwych, żadnych wyrzutów nie miałem. Potomstwo kur nieszczęśliwych też by było pewnie nieszczęśliwe, więc robiłem jajecznicę z lekkim poczuciem humanitarnej eutanazji, bo po co następna kura miała być nieszczęśliwa? A dziś? Mam zjeść jajo kury szczęśliwej? Rozbić szczęśliwą rodzinę? Przerwać czyjeś szczęśliwe dzieciństwo? Nie ma mowy. Dziś zjem biały serek, a z jajecznicą poczekam aż na rynku się pojawią jaja kur smętnych, a może nawet w depresji.

 


yours 2012-03-23 15:11:24
skomentuj (19)
Scena domowa z niedoszłym aktem w tle

Kasia wyszła na zakupy dwie godziny temu, chciała kupić blejtram oraz kilka tub farb olejnych, uparła się, że namaluje mój akt i powiesi go potem w swojej sypialni, tak jakby nie miała nic lepszego do powieszenia, z dwojga złego wolałbym rockowy zespół. Jak tylko wyszła, pobiegłem do łazienki wciągać brzuch i prężyć muskuły, ale efekt wizualny był taki jakbym miał się zabrać do prężenia firan. Pomyślałem, że może jakoś naprędce da się to zapgrejdować, pół godziny podciągałem się więc w przedpokoju na drążku, a potem robiłem pompki, skłony i tym podobne ewolucje, byleby tylko widok mięśni poprawić, chociaż trochę. Po godzinie byłem zlany potem, przez co może rzeczywiście wyglądałem nieco lepiej, tak jakbym się napracował lub przynajmniej coś pożytecznego dla domu zrobił. Na koniec postanowiłem wykonać kilka energicznych kopnięć nogą, tak jakbym sposobił się do walki karate, i nagle poczułem taki ból, że padłem na podłogę.

    Rwie mnie w pachwinie jakbym zerwał mięsień, ledwo usiadłem, ale wstać już nie mogę.  Siedzę obolały, pot na mnie zasycha, zaraz odparuję i pokryje mnie warstewka soli, miałem być seksowny jak mężczyzna w czasie treningu, a wyglądam tylko jak turysta, który wrócił z wycieczki do Wieliczki.   W drzwiach słyszę już zgrzyt klucza Kasi, cholera, co ja jej powiem, jak tu pozować do aktu z oderwaną nogą, może nic nie powiem, sięgam po gazetę i udaję, że pochłonięty jestem czytaniem.

     Kasia staje w drzwiach i chwilę mi się przygląda: Piotrusiu, czemu siedzisz na podłodze i dlaczego przy otwartym oknie, w samych bokserkach? Przecież się przeziębisz. A wiesz, co kupiłam? Nie doszłam nawet do sklepu dla plastyków, bo po drodze w Villeroy & Boch była wyprzedaż, więc kupiłam patelnię żeliwną do grillowania i na blejtram już mi zabrakło. Wstań z tej podłogi, szczebiocze Kasia, coś szybciutko zgrillujemy, a potem będziemy się kochać, pachnie tobą w pokoju jak ziemią na wiosnę.

     Ziemia na wiosnę śmierdzi obornikiem, mruczę ponuro. Jestem zmarznięty, obolały i wściekły, wiem, że żadnego kochania dziś już nie będzie, z fizycznych akrobacji to co najwyżej kuśtykanie do wanny z rozluźniającą kąpielą, a poza tym, patelnia to nie blejtram, a ja miałem być namalowany a nie nakarmiony. 

      Nie lubię awantur, kłótni ani wymówek, ale z powodu oderwanej nogi jakieś złe licho domaga się głosu i chociaż wcale mu go nie udzielam, to nagle słyszę jak marudzi: droga Kasiu, z kobietami to jest dziwnie jakoś, kiedyś wydawało mi się, że czasy już inne i żadna z was nie da się w kuchni zamknąć, no może w jakiejś małej miejscowości pod Kutnem, ale patrzę teraz dookoła i się dziwię, bo widzę jak wiele kobiet właśnie do tego zmierza, może nawet marzy o tym, zamknąć się w kuchni, gotować, a potem zmywać i sprzątać, ach jakie to im potrzebne, niezbędne, no żyć przecież bez tego się nie da, na tym polega dom i szczęście i dorosłość, może nawet dojrzałość człowieka, w tym wypadku kobiety, co chyba na jedno wychodzi, chociaż są jakieś na ten temat złośliwości. Zobacz ile blogów jest w internecie o gotowaniu,  o dzieciach o wycieraniu im dupek, i wszystkie te kobiety radośnie wymieniają się przepisami i uwagami na temat zbawiennego wpływu koperku włoskiego na polepszenie strawności dziecięcej, i nic nie piszą o tym co za oknem, za płotem, a nawet za najbliższym lasem, nic o tym, żeby może pojechać gdzieś i coś nowego zobaczyć, po co jak w domu codziennie nowe można oglądać potrawy, nic też o tym, co na półce w księgarni albo chociażby na kazaniu w kościele, zero, tłuczone ziemniaki w głowach, kobiety teoretycznie wyzwolone, i  nawet córka premiera, niby mądra i wykształcona, a na jej blogu tylko paski, sweterki i torebki, a ty też przecież na ASP studiujesz po to, żeby malować, a nie po to, żeby za ostatnie pieniądze patelnię w Villeroy & Boch kupować, pokaż, ile kosztowała, o Chryste, 450 za patelnię z przeceny? I milknę tylko dlatego, że na widok ceny aż mnie zatyka.

    A co cię moja, kurwa, moja patelnia obchodzi, złości się Kasia, talerze tylko były z przeceny, a to specjalna patelnia, na wyjątkowe dania, zaraz na niej usmażę twoją, chudą dupę. I trzaska, obrażona, drzwiami od kuchni, skąd po kwadransie dochodzą smakowite zapachy, a ja nadal siedzę na podłodze, chociaż miałem pozować do aktu, cholera, z tymi kobietami nigdy nic nie wiadomo.


yours 2012-03-10 19:40:42
skomentuj (8)
Króliczek (czyli… czy macie traumę z dzieciństwa?)

Wszystko wyglądało jak w filmie i byłem pewien, że wieczorem w moim domu sam się ułoży scenariusz romantyczny, może nawet o lekkim zabarwieniu erotycznym, przy czym erotycznym doprawdy tylko trochę, jakieś pocałunki i ogólne przytulanie, ale na pewno nie ostry seks, co najwyżej ręka pod sukienką, więc tylko na wszelki wypadek i raczej na wyrost byłby to film od lat osiemnastu.


    Widziałem przez okno jak Kasia podjeżdża pod mój dom czerwoną alfą, otwiera drzwi i wystawia nieskończenie długą nogę, a za nią drugą, w czarnych rajstopach i czerwonych szpilkach, potem zgrabny tyłeczek w czarnej spódniczce, lekko przykryty kusym futerkiem. Zamknęła drzwiczki, po czym pilotem w kluczyku otworzyła klapę bagażnika, podeszła i coś zaczęła wypakowywać, wyglądało to jak zakupy zrobione na naszą kolację, niezapowiedzianą, pełną niespodzianek, które z pewnością zaraz przede mną odkryje. Stałem w oknie i syciłem się na razie samym widokiem – oto w początkowo smutno się zapowiadający wieczór przyjeżdża do mnie dziewczyna w czerwonych szpilkach, których stukot usłyszę zaraz na klatce schodowej, a chwilę potem złapię ją w pasie, podniosę do góry i obrócę się z nią dookoła, tak jak lubi, a ona odchyli głowę do tyłu i będzie się śmiać jak na karuzeli.


    Kiedy karuzela przestała się kręcić, postawiłem Kasię na podłodze i zacząłem całować jej szyję, i było to tak miłe uczucie, że zamknąłem oczy sycąc się i wdychając zapach jej ciała rozgrzanego miękkim futerkiem. Wtulałem w nie swoją twarz, a potem w jej włosy, futerko i włosy pachniały tak samo, poczułem, że chciałabym się z nią kochać w tym futerku, takim miękkim, gładkim, ciepłym i pachnącym.


    Widzę, że podoba ci się moje futerko z króliczka, powiedziała Kasia, mam coś do niego do kompletu, chodź najpierw do kuchni, zrobimy sobie kolację, kupiłam po drodze potrawkę z królika.  I nagle stało się coś, czego ani nie rozumiem, ani nie potrafię wytłumaczyć. W głowie echem zaczęły mi się odbijać jej słowa: futerko z królika, futerko z królika, potrawka, potrawka, potrawka z królika. Zobaczyłem królika, który swoją skórę oddał na futerko Kasi, a mięso na naszą potrawkę.  Po czym straciłem przytomność.
Tak wszyscy mówią – stracić przytomność.  Ja natomiast poczułem, że nagle przestaję istnieć. A nawet nie tak. Niczego nie poczułem. Po prostu - nagle, ni stąd, nie z owąd przestałem istnieć. Dopiero jak mnie ocucili, to zrozumiałem, że straciłem przytomność. Od razu pomyślałem, że podobnie jest ze śmiercią. Człowiek nie czuje, że umarł, śmierć czuje się za życia, a nie potem.

Oto znów jestem małym chłopcem, mam siedem lat lat i mama odwozi mnie na wakacje do dziadków, bo ojciec jest bardzo chory. Jedziemy pociągiem i to jest fantastyczne, bo drzewa przed nami uciekają, jakbyśmy byli groźnymi wojownikami, to znaczy ja jestem groźnym wojownikiem i opiekuję się mamą, a drzewa są złe i się nas boją. Potem z dworca jedziemy taksówką, czarną wołgą, taką jaka porywa dzieci, ale ja się nie boję, bo jestem groźnym wojownikiem z mamą. Trochę mnie niepokoi, że gdy wysiadamy, to czarna wołga wciąż stoi przed domem, nie odjeżdża, czeka nie wiadomo na co. Ale to tylko ja nie wiem, wszyscy inni wiedzą, dziadek, babcia, taksówkarz i przede wszystkim moja mama. Został uknuty spisek! Następuje zdrada! Matką, którą przed chwilą obroniłem przed drzewami, przytula mnie do siebie bardzo mocno, całuje, po czym odwraca się i odchodzi! Patrzę przez okno, trzymany w pasie przez babcię, babcia mówi: nie płacz, Piotrusiu, nie płacz, mama niedługo po ciebie wróci. Przylepiam się do szyby ustami i dłońmi, a za szybą moja matka wsiada do czarnej wołgi, raz tylko oglądając się za siebie, tylko raz, a ja mam przecież łez tak wiele.
   
    Dziadek jest zły, bo jak płaczę, to on nie może oglądać sportu, chociaż łzy lecą przecież tak cichutko. Wstaje zły od telewizora i sięga po papierosy Juno, które wciąż dostaje od wuja Richarda, zapala i mówi: komm, Peter, pójdź ze mną, będziemy oglądać maleńkie króle. Przez chwilę myślę, że jest Boże Narodzenie i te maleńkie króle to trzej królowie ze świętego obrazka, co jest wetknięty na szybę kuchennego kredensu, zatem są Święta, a mojej mamy nie ma! Otwieram więc usta w krzyku najbardziej rozpaczliwym, mamo, mamo, mamo, a dziadek mówi: Scheisse, Donnerwetter, i bierze mnie za rękę, komm, polski mazgaju, idziemy. Idę, truchtam za nim, siedmioletni polski mazgaj, rozpaczający za utraconą mamą, a dziadek prowadzi mnie do obory, w której za Niemca jego ojciec trzymał świnie, dziś jest tu tylko smród lekki i kilka klatek na króliki. Patrz tutaj, mówi dziadek, zobacz jakie maleńkie. Patrzę – i rzeczywiście, pięć maleńkich maskotek siedzi, a jakie cudne! Białe na brzuszkach, a ku górze ciemniejące - najpierw szare, zaś na grzbietach już całkiem czarne, a pyszczki i uszy znów jaśniejsze. I wąsami tak śmiesznie ruszają, że aż się śmiać chce i już za mamą nie muszę tak płakać.


    Całe wakacje spędzam z królikami. Każdemu nadaję imię, z każdym osobno się zaprzyjaźniam, biorę na ręce, wychodzę na pole i spaceruję, czas dzieląc między wszystkie równo, żeby żaden nie czuł się pominięty. Ale to jest oszustwo z mojej strony, bo jednego kocham bardziej.  Utyka, miał złamaną przednią łapkę i krzywo się zrosła. Prawa łapka. Jak ją głaszczę, to dotykam palcami taką nierówność, kość w łapce przesunięta jest o pół centymetra, wyraźnie czuję, i to mnie roztkliwia, ilekroć jej dotknę, to piecze mnie nos, a oczy się robią mokre, bardzo mi żal króliczka.


    
Przez dwa miesiące, dzień po dniu, jestem z króliczkami. Opowiadamy sobie wszystko, jaka jest pogoda i co było w telewizji oraz na obiad. One zazwyczaj mają siano, łopian i sałatę, a ja kotlet schabowy w panierce oraz ziemniaczki puree i marchewkę z groszkiem. Dziadek nie lubi marchewki z groszkiem, więc babcia mu daje surówkę z kiszonej kapusty. Dziadek bardzo lubi kiszoną kapustę. Je ją codziennie, chociaż babcia mówi, że puszcza po niej smrodliwe bąki. Babcia nie je kapusty, a po obiedzie też puszcza. Ja w pokoju nie puszczam, mama mi nie pozwala. Mama niedługo po mnie przyjedzie.


    
I najpierw jest radość, bo mama w końcu przyjechała, w dodatku z ozdrowiałym tatą, zaraz zabiorą mnie do domu, ale  po radości od razu przychodzi smutek i żal, nie rozumiem dlaczego pojedziemy bez króliczków, może chociaż tego jednego weźmiemy, tego z krzywą łapką, zobacz mamo jaki jest słodki i jak śmiesznie rusza wąsami specjalnie dla ciebie. Ale tato nie pozwala, nie mamy gdzie trzymać króliczka, nie mamy siana i łopianu, ani klatki, mamy tylko gotowaną marcheweczkę z groszkiem dla małego Piotrusia, a króliczek gotowanej marcheweczki nie je. Dziadek się nimi zaopiekuje, obiecuje mama, będzie karmił twoje króliczki i codziennie opowie, co było w telewizorze, zwłaszcza w sporcie, bo innych programów raczej nie ogląda. Przyjedziesz na Wielkanoc, to zobaczysz jakie będą duże.


    W domu bardzo za króliczkami tęsknię, ale jednak mniej niż tęskniłem za mamą, chociaż za tym ze złamaną łapką prawie tak samo. Codziennie piszę pamiętnik, spisuję wszystkie ważne rzeczy, które muszę mu opowiedzieć, literka po literce, bardzo powoli, przecież jestem dopiero w drugiej klasie. Opowiem o nowej pani, która do nas przyszła, jest bardzo piękna i ma jasne włosy, i często kładzie mi rękę na głowie, zwłaszcza gdy nie uważam i patrzę przez okno. Bardzo lubię, jak kładzie mi rękę, więc specjalnie co jakiś czas się w okno patrzę, i ona wtedy podchodzi. Pachnie ślicznie jak nie wiem co. Opowiem też o Jacku, to mój nowy kolega, siedzimy razem w ławce, Jacek jest inny niż reszta chłopaków, bo ma taką chorobę, że czasami zasypia. Nawet na wuefie albo podczas obiadu. Ale nikt się z niego nie śmieje, bo jest najlepszy w piłkę i za każdym razem z trzydziestu kroków strzela gola, o ile nie zaśnie. Opowiem też o naszym nowym samochodzie, tato kupił Syrenę 104 Laminat, o której z podziwem mówił, że nadwozie ma z włókien szklanych sklejanych  butaprenem.


     Syreną z laminatu jechaliśmy do dziadków na Wielkanoc, ja wiozłem swoje pamiętniki, a mama suchą kiełbasę i baranki z cukru, ojciec wiózł nas, tłumacząc nam zalety swojej nowej maszyny, która mogła pruć nawet sto pięć kilometrów na godzinę, czego producent jednak nie zalecał, więc pruliśmy sześćdziesiąt. Po drodze kupiliśmy świeżą sałatę i pięć marchewek, po jednej dla każdego króliczka.


     Ojciec zajechał pod dom z fasonem, to znaczy zatoczył kółko dookoła starej lipy, po czym zatrąbił. Babcia z dziadkiem wybiegli i zaczęli podziwiać sklejane butaprenem auto, a ja pobiegłem wprost do królików. Za późno zorientował się dziadek, za późno zobaczyła to babcia, byłem już w drzwiach obory, gdy krzyknęła, żebym wracał natychmiast. Nie mogłem już wrócić, chociaż na pewno bym chciał; stałem w miejscu, sałata wypadło mi z rąk, w kąt potoczyły się marchewki. Klatki były puste. Puste i posprzątane. Natomiast spod sufitu zwisało pięć stalowych haków. Na każdym był jeden królik. Na podłodze stała miska, do której kapała krew. Zemdlałem.


     Obudziłem się na małżeńskim łożu dziadków. Ze ściany patrzyła na mnie Matka Boska i Jezus Chrystus. Oboje mieli na twarzy cierpienie, ich serca gorejące były na wierzchu, oba otoczone koronami cierniowymi, serce Matki Boskiej przebite było sztyletem. Z serc kapała krew. Mama pochylała się nade mną ze strachem. Ojciec patrzył przez okno. Babcia siedziała na brzegu drugiego łóżka. Dziadek chodził po pokoju i coś mamrotał o polskich mazgajach.

Ani ojciec, ani matka nie odezwali się do dziadków słowem. Ojciec dotknął ramienia mamy. Mama wzięła mnie za rękę. Ojciec wyszedł, a my za nim. Wsiedliśmy do samochodu i odjechaliśmy do domu. Syreną z laminatu.


    Tuż przed Bożym Narodzeniem ojciec znowu się rozchorował. Matka musiała zostawać z nim w szpitalu. Na kilka miesięcy trafiłem do dziadków. Gdy przyszły ostre mrozy, dziadek dał mi czapkę. Płakałem, ale i tak kazał mi ją nosić. Na dworze było o świcie minus dwadzieścia pięć stopni, a do szkoły szło się czterdzieści minut. To była czapka uszanka z futra królika. Dziadek mówił, że kupił ją w sklepie, ale ja wiedziałem, że kłamie. Zawiązywało się ją pod brodą na dwa rzemyki, wychodzące spod wiszących fantazyjnie króliczych łapek. Takie łapki, tłumaczył dziadek, kuśnierz zostawia zazwyczaj na szczęście. Gdy prawą łapkę brałem w palce, czułem, że drobna kostka była kiedyś złamana i zrosła się przesunięta o pół centymetra.


yours 2012-02-23 18:38:33
skomentuj (28)
 

Chata nad morzem
zapraszam do siebie

Zdjęcia
Oto foto

Moje zakupy
Tu możesz mi zajrzeć do koszyka

Powrót Piotrusia Pana, czyli...
Pan Piotruś, moje alter ego.

Blog jest Twój, komentarze tylko moje


2012
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
kwiecień