Statystyki

  • Wszystkich wizyt: 890524
  • Dzisiaj wizyt: 25
  • Wszystkich komentarzy: 7729

Moja książka

pozadanie_okladka-1

Archiwa

Śmierć człowieka o klapiących kapciach

Od razu wiedziałem, że stało się coś złego. Pielęgniarka podała mi termometr i leki przeciwbólowe bez słowa, chociaż zazwyczaj świergotała jak ptaki za oknem o świcie, korytarz też milczał niepokojąco, nie obudził się jeszcze gwar salowych i nie wstał nerwowy śmiech praktykantów. Lekarze nie przyszli na obchód, znikąd nie było słychać ferworu nowego dnia i budzącego nas trzaskania drzwiami, tylko śniadanie zachowało się normalnie, bowiem jak zwykle przyszło późno i było nie do zjedzenia.

W południe usłyszałem za ścianą brzęk słoików. Nie rozumiałem tego dnia, więc wstałem i poszedłem w końcu go zobaczyć – w sąsiednim pokoju stało odarte z pościeli łóżko, a obok, na podłodze, siedziała stara kobieta, wyjmowała z szafki słoiki i próbowała dopasować do nich wieczka, płacząc przy tym tak, jakby żadne z tych wieczek nie pasowało do żadnego słoika i nie byłoby ani jednej pary, którą można zakręcić.

- Można jakoś pani pomóc? – moje słowa zabrzmiały głupio w kontekście słoików bez wieczek i już się bałem, że kobieta poprosi: tak, niech pan te słoiki po zupach jakoś pozakręca, ale ona spojrzała na mnie i powiedziała: on już rok temu miał umrzeć, ale go odratowali, a tu leżał tak długo, że nawet sprężyny go nie wytrzymały i łóżko musieli mu wymieniać kilka dni temu i on miał sen, że ktoś go za to zabije, za to, że taki marudny.
Poczułem wilgotniejący pod pachami strach przed wizją, która sama się realizuje; może to ja tego człowieka swoimi myślami zabiłem, wtedy gdy całą noc przed moimi drzwiami przechadzał się w klapiących kapciach.
- Gdzie są jego kapcie? – zapytałem jak najuboższy spadkobierca.
Ucieszyła się z tego pytania. Odłożyła słoik i wieczko, jak pechowa swatka kolejną parę w mezaliansie, i uśmiechnęła się.
- Widzi pan, dobrze, że przyszłam po te słoiki, bo przecież wszystko by znikło. Nie dostanie pan kapci.
- Nie chcę zabrać kapci pani męża, chciałem tylko usłyszeć jak klapią.

Powiedziałem to, naprawdę to powiedziałem, i dopiero gdy słowa nieodwracalnie zawisły w powietrzu, obok brzydkiej jarzeniówki nad naszymi głowami, zobaczyłem, jak są absurdalne, ale było za późno, jarzeniówka dobrze je oświetlała, fosforyzowały wszystkie, co do litery. Poczułem zażenowanie i wstyd – z jednej strony stara kobieta, zakręcająca w słoikach wspomnienia zup i małżeństwa, z drugiej obcy facet, który przyszedł zabrać bambosze jej męża, bo poczuł woń nie potu i starości, lecz metafizyki.
Przeprosiłem panią i już miałem odejść, gdy zatrzymała mnie z ręką na klamce już naciśniętej.
- A po co panu te kapcie?
Nie miałem żadnego rozsądnego zdania pod ręką, w głowie też nic nie mogłem znaleźć, więc zapytałem tylko: proszę?
Nie powtórzyła pytania, tylko zaczęła mówić; zupełnie znienacka opowiadała historie, o które nie prosiłem i których nie chciałem, lecz nie mogłem już ich zostawić po tej stronie drzwi, samych z tą starą kobietą, bo historii zaczętych trzeba wysłuchać do końca, w przeciwnym razie złe będą się powtarzać.

Mówiła o swoim życiu w biedzie i o biedzie śmierci. Mieszkała w Polsce, w okolicach Lwowa. Najpierw przyszli czerwonoarmiści i jej rodzina dostała od nowej władzy paszporty radzieckie. Potem przyszli Niemcy, zabrali paszporty, a rodzinę wywieźli na roboty do Rzeszy, czyli do Wrocławia. A tu znów znalazła ich Polska, bo gdy niemiecka twierdza padła, stary kraj gościnnie rozciągnął się do nich z drugiej strony.
Po paru latach pojechała w odwiedziny do Lwowa, tam poznała męża, została z nim, bo chłop rosły był i przystojny. Obiecywał przy tym, że za parę lat będzie już komunizm, a wraz z nim raj na radzieckiej ziemi, a przecież każdy chciałby za życia być w raju. I chociaż oddanie raju w ręce klasy robotniczej przeciągało się w czasie, oni źle nie mieli, bo mąż partyjny był, po paru latach dostał awans i mieszkanie w ukraińskich Ilińcach, mieście na tyle znaczącym, że zasługiwało na olbrzymi pomnik Lenina. Widziała ten pomnik z okien swojego mieszkania. I dziesiątki manifestacji; najpierw tych, którzy w bezgranicznym strachu go kochali, potem tych, którzy chcieli pomnik obalić, na skutek definitywnego odwołania wcześniejszych zapowiedzi o raju, w końcu widziała tych, którzy nie wierzyli już nikomu z żywych i wrócili pod cokół prosić, żeby było tak jak kiedyś, ale obrażony monument nie chciał już słuchać i było coraz gorzej.
Syn pracował w Czernobylu, do czasu wybuchu elektrowni, miał 23 lata, gdy zginął. Dostali odszkodowanie. Dołożyli i kupili motor, żeby mąż mógł dojeżdżać do pracy w kołchozie. Kołchoz od pół roku nie płacił, ludzie żyli z tego, co wynieśli i sami sprzedali. Więc gdy syn milicjanta ukradł motor i rozbił go po pijanemu, postanowili uciec. Do Polski, do Wrocławia, bo większego Zachodu to się już bali.

Zawsze żyli na kredyt, w czasie wojny, gdy śmierć rozkładała im się na raty, i potem też zawsze na krechę. Chleb, mleko, margaryna, czasami piwo lub coś słodkiego, świątecznie czekolada, każdy zakup sklepowe odnotowały w zeszycie, byle do wypłaty. Żyli tak przez lata. Ile lat? Dziesięć? Dwadzieścia? Właściwie to zawsze. Nawet jak pracował, to ciągle było mało. Pralka na kredyt, żelazko na kredyt, tamten motor też.
Tak przeżyli życie. Ale tak można życie przeżyć, trudniej przeżyć tak śmierć. Żyć można na kredyt, ale nie można na kredyt umrzeć. Śmierć wymaga gotówki, nie da się jej opłacić krechą w zeszycie, suknia czarna, czarne pantofle, no i jakieś palto albo coś, wódka na stypę, pieniądze dla księdza, na wieniec, na to wszystko trzeba mieć pieniądze, a jeszcze kwiaty i świece i parę groszy, żeby go dobrze ogolili, tego nikt na krechę nie da, nikt za darmo nie ogoli; biedni ludzie nie powinni umierać, bo ich na to nie stać. Może po prostu wypadałoby im pewnego dnia zniknąć i odnaleźć się po tamtej stronie, w oczywistym niebie.
Więc już dawno umówili się ze starym, że ona pierwsza odejdzie, niech na niego spadną te wszystkie kłopoty, w końcu to mężczyzna, da sobie radę. Ale on słowa nie dotrzymał, sam poszedł pierwszy, a ją zostawił panu Bogu na potem.

Zapytałem, czy nie sprzeda mi tych słoików. Za każdy zapłacę dwadzieścia złotych. Dobrze, powiedziała, wieczka dodam panu za darmo, może jakoś pan je sobie dopasuje.

17c komentarze/y do Śmierć człowieka o klapiących kapciach

  • em

    rewelacja, czytam od zawsze. nie przestawaj bo umre z nudów w robocie : )

  • kama925

    powiem w końcu, że trudno mi dodawać tu komentarze, że nie wiem czy to wszystko fikcja czy twoje spojrzenie na sprawy rzeczywiste, na sprawy które cię dotyczą czy tykają… ale piszesz świetnie i o tyle to wszystko smutne, że realne i prawdziwe… pozdrawiam i miłego weekendu życzę…

  • dorotka

    Pięknie piszesz…

  • kalinka

    Hmmm , znów ten Wrocław … . Znam go trochę, siostra moja lepiej. Mieszkała tam na Krzykach, a pracowała w „Elwro”, jako położna przy ginekologu.

    Jakież to wszystko smutne – cholera … .
    A najbardziej smuci mnie fakt, że mamy teraz takie czasy, że dzieci chodzą po domach i żebrzą. Napycham im kieszenie najlepszym jedzeniem jakie mam w domu, ale i tak moje serce krwawi, że lepiej im pomóc nie mogę … . Dzieci mi szkoda nade wszystko w tych czasach … .

  • goska

    nie piszesz smutnych histori, wcale Piotrus, wcale………:)

  • czerwona_szminka

    Trace wiare, ze jestes czlowiekiem…

  • feeria

    Dobry z Ciebie człowiek, Piotrze.

  • Zuzia

    Złapało za serce. Mocno…

  • aga.pe.

    nosz ładnie-piękny gest!!

    hmm…nie słyszałam tego przesądu o złych historiach?

  • fives

    no to poratowałeś kobiecinę honorowo; na wieniec i golenie będzie już miała

  • Anima

    i tak czytam Cie z ukrycia, i wciaz, i ciagle, i nadziwic sie nie moge, no jakos sie nie przyzwyczailam nadal, ze piszesz tak, ze chcialoby sie czytac i czytac, jak najgrubsza na swiecie ksiazke. i kiedy juz sie wydaje, ze popadasz w patetyczny ton, to natychmiast wracasz na ziemie i zaskakujesz. a najbardziej zaluje, ze nie wiem, gdzie piszesz publicznie, bo to ze piszesz, to chyba nie ulega watpliwosci… co??
    w kazdym razie, drogi Yours, uwielbiam Cie i zazdroszcze tym wszystkim, ktorzy znaja Cie osobiscie. daj znac, jak znow bedziesz sie wybieral do NYC.

  • ef

    Kurde, Piotrek, dobrze, że nie czytałam tego wczoraj wieczorem po powrocie z imprezy, tylko dzisiaj rano, chociaż też nie wiem, bo mi się robi gęsia skórka na rekach i to nie dlatego, że chodzę w koszulce na ramiączkach…

  • calujac-ul

    i z tym twoim smutnym tekstem przyszło mi rozpocząc sobotę

  • niekreatywna

    Fajnie, że kupiłeś te słoiki.
    Rzeczywiście. Śmierć jest droga. Najlepiej zebrać na nią kasę za życia.
    Świetnie piszesz. Ale na pewno o tym wiesz.

  • mychowe-pielesze

    Hm.. Czy wszyscy mężczyźni nie dotrzymują słowa?

    A te słoiki to dobry uczynek :)

  • jowita

    Od przyjaciółki dostała adres bloga.Powiedziała; „Przeczytaj zakochasz się” i się zakochałam, ale Pan chyba nie istnieje…

  • jowita

    Od przyjaciółki dostała adres bloga.Powiedziała; „Przeczytaj zakochasz się” i się zakochałam, ale Pan chyba nie istnieje…

Odpowiedz

  

  

  

Możesz użyć tych znaczników HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>